Zarządzający nie tracą nadziei na hossę

Jagoda Fryc
opublikowano: 2015-02-16 00:00

Prognozy dla GPW na ten rok są oparte na myśleniu życzeniowym. Ale choć brakuje impulsu do zwyżek, to specjaliści z TFI wciąż wierzą w rynek byka

Od grudnia ubiegłego roku zarządzający jak mantrę powtarzają, że słabe zachowanie naszej giełdy i gospodarki w 2014 r. w nowym roku będzie już tylko złym wspomnieniem. Słowo hossa odmieniane już było przez wszystkie przypadki, a wsparciem tezy o rychłym nadejściu rynku byka oraz powrocie dobrej passy małych i średnich spółek są niskie stopy procentowe, wzrost gospodarczy oraz luzowanie ilościowe w Europie. Tymczasem rzeczywistość rynkowa zaczyna coraz bardziej przypominać tę z początku 2014 r.

Wciąż w powietrzu wisi konflikt na Ukrainie, tyle że niepokój z nim związany jest dziś dodatkowo wzmacniany kolejną odsłoną greckiej tragedii. Napływów do funduszy akcji jak nie było, tak nie ma, a zagranica omija Polskę szerokim łukiem. Efekt? Niemiecki DAX bije właśnie historyczne szczyty, S&P500pomimo sześcioletniej hossy wciąż pnie się w górę, a WIG… drepcze w miejscu, ledwo wychodząc na plus.

— Zarządzający z TFI są optymistyczni z natury. To takie dzieci hossy, co jednak dziwić nie powinno, bo funduszowy biznes zarabia, gdy akcje rosną, a nie tracą — tłumaczy dr Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista mBanku.

Czekając na rajd

Impuls do zwyżek mieli dostarczyć zagraniczni inwestorzy. Ci jednak, rozważając inwestycje na naszym rynku pod kątem ekspozycji na wzrost gospodarczy i dywidendę, raczej nie zainteresują się polskimi bankami, bo te spętane są frankowymi kajdanami.

— Każdy rynek ma jakiś impuls do zwyżek. Turcji pomaga tania ropa, Niemcom — tanie euro. W Polsce mamy dobre makro, ale z punktu widzenia inwestorów zagranicznych ekspozycja na wzrost polskiego PKB jest możliwa w zasadzie jedynie przez banki. Jednak wyniki banków będą w tym roku raczej podobne do zeszłorocznych, a dywidenda to za mało, aby ich przyciągnąć. Dodatkowo zbliżają się wybory, co jest czynnikiem ryzyka w związku z kredytami frankowymi i ewentualną próbą wdrożenia rozwiązania quasi-węgierskiego — przypomina Adam Łukojć, zarządzający ze Skarbca TFI. Na OFE też nie mamy co liczyć, bo te po reformie szukają płynności za granicą. Cała nadzieja jest więc w… TFI.

Powiernicy potrzebują jednak napływów do funduszy akcji. Tymczasem Polacy głosują nogami, a niepokój związany z sytuacją geopolityczną jedynie wzmacnia ich awersję do ryzyka. Dowód? W styczniu do funduszy popłynęło 1,6 mld zł, z czego 0,6 mld zł zasiliło portfele dłużne. Odważniejsi trzymali się od „grecko-ukraińskich” problemów z daleka, wybierając giełdy zagraniczne, gdzie zainwestowali 160 mln zł. Niewiele mniej, bo 140 mln zł, wycofali w tym czasie z funduszy akcji polskich.

— Krajowi inwestorzy wielokrotnie udowadniali, że inwestują w fundusze, które pokazują wysokie stopy zwrotu w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Nie dziwi więc fakt, że w ostatnim czasie napływ kapitału notowały fundusze dłużne, a w przypadku funduszy akcyjnych fundusze zagraniczne inwestujące na rynkach, które notowały silne zwyżki, czyli takich jak Chiny, Turcja czy USA — wyjaśnia Ludmiła Falak-Cyniak, członek zarządu Amundi TFI.

Zaklinanie rzeczywistości

Pomimo braku impulsów do zwyżek zarządzający nie tracą nadziei na hossę, przekonując, że obecnie główne argumenty za początkiem hossy w Polsce mają podstawy kontrariańskie oraz… psychologiczne.

— Zagraniczne giełdy są na szczytach, a w Polsce… ludzie są na ulicach — górnicy, rolnicy, lekarze, pielęgniarki itp. Ale zazwyczaj, gdy jest nieprzyjemnie w trakcie zakupów akcji, to przyjemnie się robi w trakcie sprzedaży papierów i na odwrót. Ceny walorów na GPW dyskontują już mniejsze zakupy OFE, ryzyko geopolityczne w związku z wojną na Ukrainie, brak zaufania ludzi do giełdy i brak napływów do funduszy akcyjnych od pięciu lat. Zapominamy też, że nasza gospodarka jest jedną z najmocniejszych w Europie, realne stopy procentowe jedne z najwyższych na świecie, a kolejne pieniądze z UE od przyszłego roku popłyną do Polski szerokim strumieniem — tłumaczy Paweł Niniewski, zarządzający z Open Finance TFI.

Podobnego zdania jest też Jarosław Niedzielewski z Investors TFI, który zwraca uwagę na spodziewane obniżki stóp procentowych w Polsce oraz powoli budzącą się do życia akcję kredytową.

— To prawda, że prognozy dla polskiej giełdy na ten rok są z jednej strony bardzo zbieżne, a z drugiej oparte trochę na myśleniu życzeniowym. Ponieważ jednak krajowe spółki oraz sytuacja ekonomiczna w Polsce faluje w cyklach, można było oczekiwać, że bieżący rok powinien przynieść wzrostową fazę takiego cyklu, powodując odbicie w gospodarce i tym samym lepsze zachowanie małych spółek. Tym bardziej że po roku słabości stały się one względnie tanie i atrakcyjne — uważa Jarosław Niedzielewski.

Jego zdaniem, choć na razie tego nie widać, to przepływy do funduszy mogą wspomóc ten trend podobnie jak w 2013 r.

— Nie spodziewam się gwałtownego i silnego wzrostu rentowności obligacji, ale raczej liczę na stopniowy proces kończenia hossy na obligacjach. Dlatego rezygnacja z funduszy obligacji i wybór produktów akcyjnych nie będzie tak widoczne jak dwa lata temu. Trzeba też pamiętać, że do wywołania wzrostowej fali np. na indeksie sWIG80 nie trzeba angażować na początku dużych pieniędzy ze względu na nikłą płynność naszego rynku — dodaje Jarosław Niedzielewski.

Paweł Homiński zwraca uwagę, że scenariusz dotyczący lepszego zachowania małych i średnich spółek w tym roku już zaczyna się powoli realizować. — Indeks sWIG80 jest dziś na najwyższych poziomach od września. Choć ostrożnie podchodzę do warszawskiej giełdy w tym roku, to jednak uważam, że selektywna inwestycja w małe i średnie spółki powinna przynieść wymierne korzyści — dodaje Paweł Homiński.