Był początek XXI w., kiedy licealista Michał Siedlecki jechał na jedną ze swoich pierwszych imprez rycerskich. Odtwórstwem historycznym pasjonował się od dzieciństwa. Ponieważ w Radomiu, gdzie mieszkał, nie było bractwa rycerskiego, założył je z kolegami. Stroje szyli sobie sami. Na imprezę na zamku w Iłży wypadało jednak mieć także historyczny namiot. A ponieważ Michała nie stać było na wydanie kilkuset złotych, postanowił go uszyć. Kupił bawełnę, obejrzał ileś średniowiecznych ikonografii, opracował wykrój i na maszynie u mamy uszył bardzo prosty namiot. W kuchni. Omasztowanie z drewna — dwa pionowe maszty i poprzeczkę — pomógł mu zrobić kolega.





— Popełniłem kilka błędów, namiot nie całkiem mi się podobał, więc po imprezie postanowiłem go sprzedać — wspomina Michał Siedlecki. Zdjęcia namiotu wrzucił na Frehę, forum dla zainteresowanych odtwórstwem historycznym.
— Sprzedałem go za jakieś 600 zł, klient był bardzo zadowolony, a mi nie tylko zwróciły się koszty, ale jeszcze ze 300 zł zarobiłem. Pomyślałem, żeby uszyć kolejny — opowiada.
Na początku ogłaszał się na forum i zgłaszali się do niego głównie znajomi. Robił ze dwa namioty w miesiącu, z każdym kolejnym nabierając doświadczenia. Metodą prób i błędów, do perfekcji. Na początku szył tylko płachtę namiotową, o maszty klienci musieli się martwić sami. Z czasem zatrudnił stolarza. A ponieważ dla osób z ruchu odtworzeniowego najważniejsze jest maksymalne zbliżenie się do historycznej prawdy, oryginału, zaczął szukać informacji na temat namiotów. Okazało się, że w średniowieczu szyto je z lnu, a nie z bawełny. Len był bardzo pospolity, tani i dostępny, a bawełna wręcz odwrotnie. Zmieniło się to dopiero po rewolucji przemysłowej. Michał stoczył więc batalię, by przekonać do lnu polski ruch rycerski, który dotąd używał bawełny. Bo tańsza. Potem stwierdził, że skoro ubrania szyje się ręcznie, by być blisko historycznej prawdy, to dlaczego nie uszyć namiotu? Tym bardziej, że na starym Łuczniku mamy ciężko mu szło. Ogłosił promocję, oferując namioty szyte ręcznie tylko o 200 zł drożej od ceny podstawowej (około 1000 zł). To był strzał w dziesiątkę. Zaczęli się zgłaszać pasjonaci historii z Polski i z zagranicy.
Ekspansja na Zachód
Pierwsza była klientka z Niemiec. Chciała zamówić wczesnośredniowiecznego anglosaksona — trójkątny namiot z absydami (półkolistymi bokami powiększającymi wnętrze). Dopytywała, czy na pewno będzie w 100 proc. szyty ręcznie.
— Wtedy zapaliła mi się w głowie lampka, że chyba mam za niskie ceny. I że lepiej sprzedawać namioty na Zachód, gdzie ludzie mogą za nie więcej zapłacić — mówi Michał Siedlecki.
Klientka z Niemiec była bardzo zadowolona i co roku wracała z zamówieniami na kolejne namioty: dla swojej drużyny, krewnych i znajomych królika. Wieść o ręcznie szytych namiotach z Polski roznosiła się szybko pocztą pantoflową czy raczej ciżemkową. Michał Siedlecki się nie reklamował. Poza tym, że jeździł ze swoimi namiotami na zloty, turnieje i inne imprezy historyczne. Stworzył też bardzo prostą stronę internetową Tentorium.pl w dwóch wersjach językowych: po polsku i angielsku. Zamieszcza na niej zdjęcia uszytych namiotów. Wiosną 2006 r. odezwał się do Michała pewien Szwed. Zamówił dwa ręcznie szyte i malowane we wzory namioty Wikingów. Michał uszył je razem z kolegą. Jego dziewczyna je pomalowała. Gotowe wysłali do Szwecji kurierem. Namioty bardzo się spodobały i jeszcze tego samego lata całą trójkę zaproszono na wyspę Birka — godzinę drogi od Sztokholmu promem. Istniała tam kiedyś bardzo ważna osada Wikingów. Dziś jest muzeum i zrekonstruowana wioska. Michał i jego znajomi wysłali na wyspę pocztą wszystkie materiały, narzędzia i jedzenie. Sami wsiedli w samolot i pojechali na Birkę. Mieszkali na łodzi i przez sześć wakacyjnych tygodni szyli namioty. Szwed zapłacił im w gotówce. Wieźli do Polski po kilka tysięcy koron zaszytych w ubraniach, drżąc, by nikt ich nie okradł.
Powrót lnu do Żyrardowa
Po tych wakacjach Michał przeniósł się do Krakowa na studia na Akademii Ekonomicznej. I nadal szył namioty. Rozliczał się umowami o dzieło. Po roku, kiedy miał już naprawdę dużo zamówień, poszedł na dwutygodniowy kurs przedsiębiorczości organizowany przez Urząd Pracy, który kończył się złożeniem wniosku o dotację. Za 14 tys. zł, które mu przyznano, kupił dwie przemysłowe maszyny do szycia, zapas materiałów i wynajął w Krakowie 60-metrowy lokal. Rano szedł na zajęcia, po południu szył namioty, w weekendy jeździł do Warszawy, spotykać się z dziewczyną, którą poznał pod Grunwaldem na 600-leciu bitwy. W 2012 r. razem z Kasią, która jest instruktorką jazdy konnej, kupili dom i kawałek ziemi koło Żyrardowa.
— Początkowo planowałem zbudować obok warsztat. Ale to ogromne koszty, kilkaset tysięcy złotych, które zwróciłyby mi się pewnie dopiero po 10 latach. Bardziej opłacało się wynająć lokal — wspomina Michał Siedlecki. Znalazł go w dawnej fabryce lnu w Żyrardowie, która urzekła go XIX-wieczną architekturą przemysłową. W pięknych murach z czerwonej cegły nie było elektryczności, okien, wylewek ani toalety. Przeprowadził generalny remont, urządził szwalnię z czterema maszynami do szycia i stolarnię, w której powstają nie tylko stelaże do namiotów, ale też meble. Bo młody przedsiębiorca szuka sposobu na uporanie się z sezonowym charakterem działalności Tentorium.
— Imprezy historyczne odbywają się od wiosny do jesieni. Wtedy mamy najwięcej zamówień, telefon się urywa, skrzynka mailowa pęka w szwach, dostajemy po kilka zamówień dziennie. Zatrudniam wtedy dodatkowych pracowników, szkolę ich, a to kosztuje. Tym większa strata, kiedy po sezonie muszę ludzi zwolnić, a pół roku później znowu ich szukam — opowiada. Żeby przedłużyć sezon, wpadł na pomysł promocji, oferując cztery namioty w cenie trzech. Oferta w zeszłym roku cieszyła się dużym zainteresowaniem, w tym jeszcze sezon się nie skończył, a klienci już dopytują, kiedy będą mogli z niej skorzystać. Rozwija też stolarnię, w której od kilku lat jego ekipa produkuje meble historyczne pod marką Joinery.pl.
— Z meblami jest łatwiej, bo zachowały się oryginały liczące nawet 1000 lat. Namiotów przetrwało bardzo niewiele — mówi Michał Siedlecki. Meble z Tentorium też są robione z materiałów naturalnych i ekologicznych, zgodnie z historyczną prawdą. W roku jest kilka prestiżowych imprez historycznych.
— Dzień po imprezie, na którą klienci zamówili namiot, nie ma on dla nich już żadnej wartości. Dlatego postanowiłem bezwzględnie dotrzymywać terminów. Z tego jesteśmy znani — twierdzi właściciel Tentorium. Ale kiedy w trakcie remontu lokalu w Żyrardowie odezwali się do niego Irlandczycy z History Channel z zamówieniem na trzy namioty Wikingów, o mało im nie odmówił. — Trwał remont, nie miałem jeszcze pracowników. Ale ponieważ zamówienie było ciekawe, postanowiłem za wszelką cenę je zrealizować — wspomina. Udało mu się znaleźć stolarza. Sam zaprojektował, wykroił, uszył i wykończył trzy namioty. W tym jeden naprawdę duży, mierzący w poDstawie 11 m długości. Irlandczycy byli bardzo zadowoleni i Michał wkrótce dostał zamówienie na 15 kolejnych namiotów. Na ich uszycie miał dwa tygodnie. Miał już wtedy trzech pracowników, ale termin i tak był nierealny, bo przesyłka kurierska idzie tydzień. Na początku stwierdził, że nie da rady. Ale potem wpadł na pomysł pracy na dwie zmiany. Wynegocjował też z producentami serialu, że w terminie dwóch tygodni wyśle połowę namiotów, a drugą połowę później. Reżyser chciał mieć namioty w kolorze khaki. A ten kolor wymyślono dopiero pod koniec XIX w. Siedlecki próbował go przekonać, że te z IX w. nie powinny być w kolorze, który wtedy nie był znany. Reżyser pozostał głuchy na ten argument. Na szczęście nie było w fabryce potrzebnej ilości tkaniny w kolorze khaki, więc stanęło na naturalnym szaro-oliwkowym odcieniu lnu. Namioty z Tentorium grają już w trzecim sezonie serialu telewizyjnego „Vikings”. Drugą sprawą, o którą Michał Siedlecki dba obsesyjnie, jest jakość. Używa najlepszych materiałów, nici i drewna. Zanim wykroi elementy, przegląda materiał metr po metrze, by wyeliminować fragmenty z brakującymi włóknami, żeby namiot nie przeciekał. Len jest wodoodporny, bo pod wpływem wilgoci pęcznieje. Ale jeśli klient sobie życzy, tkanina na namiot jest dodatkowo zabezpieczona impregnatem na bazie parafiny. Trzecią zasadą Siedleckiego jest rozwój. Większość nadwyżek finansowych przeznacza na inwestycje: w maszyny, materiały, ludzi. W sumie od początku działalności Michał zainwestował w Tentorium ponad sto tysięcy złotych, głównie z bieżącego dochodu firmy. Czasami klienci wybierają coś z przedstawionych przez firmę wzorów, kiedy indziej przysyłają obrazek, średniowieczną ikonografię, na podstawie której Michał opracowuje wykrój. Przy bardziej skomplikowanych konstrukcjach wspomaga się komputerowymi programami graficznymi, które wyliczają wszystkie wymiary. Przy łatwiejszych wystarcza mu kartka papieru i kalkulator. Oraz wyobraźnia. — Kiedy klient podaje mi wymiary namiotu, od razu wiem, czy będzie wyglądał proporcjonalnie i ewentualnie sugeruję korekty — twierdzi przedsiębiorca.
Gra o tron
Polityka Michała przynosi efekty. Tentorium dostaje coraz ciekawsze zamówienia. Dla skansenu w Pruszczu Gdańskim robił dwa skórzane namioty rzymskie. Jeden składał się z 420 elementów, a każdy element był wielkości A3. Dwa namioty firma szyła przez kilka tygodni. Na festiwal Audioriver w Płocku przygotowała z kolei przestrzeń chiloutową dla firmy H&M pod kolorowymi namiotami w klimacie XIX-wiecznego cyrku. Na razie najbardziej skomplikowanym zamówieniem Tentorium była rekonstrukcja kompleksu namiotów króla Jana III Sobieskiego dla Muzeum w Wilanowie. Uszyli także cztery namioty służebne (kawiarnię, spiżarnio-kuchnię, garderobę, namiot kurtyzan) oraz kordegardę — namiot strażników. Całość otoczona była murem namiotowym z czterema wieżyczkami w rogach. Malowali na nim ręcznie cegiełki i blanki. W sumie koło 10 tys. elementów. Dwa lata temu Tentorium zrobiło jedną taką rekonstrukcję, w tym roku dostało zamówienie na kolejną. Ciekawym zamówieniem był też duży pawilon z XV w. o powierzchni 105 mkw. dla niemieckiego Museum im Zeughaus w miejscowości Vechta. Ponieważ rozkładanie tak dużego namiotu byłoby bardzo trudne, Michał zaproponował wykonanie trzech mniejszych, połączonych ze sobą. Żeby w miejscu łączenia nie zbierała się woda, trzeba było zrobić rynny. Kiedyś robiono je z drewna i takie też Michał zaproponował muzeum. Ale pomysł się nie spodobał. Siedlecki wymyślił inne rozwiązanie: rynny z lnu.
— Chyba jako pierwsi na świecie to zrobiliśmy — podejrzewa właściciel Tentorium.
Niedawno przeszło mu koło nosa zamówienie na namiot o podstawie 80 mkw., który miał stanąć w ośrodku narciarskim w Szwecji. Klient dawał jednak za mało czasu. Nie zdążyliby. Trudno. Michał Siedlecki liczy, że prawdziwe wyzwania dopiero przed nim. Marzy, by szyć namioty do amerykańskiego serialu fantasy „Gra o tron”. Jeśli chodzi o konkurencję, to w zasadzie nie ma nikogo, kto mógłby go zdetronizować. W Polsce kilka osób dorabia, szyjąc w garażu pojedyncze sztuki. Jest też firma, która robi ubrania, wyroby skórzane i przy okazji szyje namioty. Z bawełny. Jeśli chodzi o rynek całej Unii Europejskiej, a 95 proc. produkcji sprzedaje za zachodnią granicą, to owszem, są firmy szyjące namioty historyczne, ale też głównie z bawełny. Tańsze, ale niepoprawne historycznie. Za szycie namiotów wzięli się nawet Chińczycy. Ukradli zdjęcia ze strony internetowej Tentorium, użyli ich w swoim newsletterze. A że publikacja trafiła do dobrego klienta Tentorium ze Szwecji, Michał się o tym dowiedział.
— Zdjęcia kazałem im usunąć dla zasady. Ale konkurencja to dla mnie żadna. Chińskie namioty są z cienkiej tkaniny syntetycznej, nie trzymają wzorów ani wymiarów — twierdzi. Rocznie Tentorium produkuje około 150 namiotów, najprostszy kosztuje 1000 zł. Kiedy sprzedawany jest na Zachód, cena wzrasta dwukrotnie. Wiele sklepów z całego świata oferowało Michałowi dystrybucję jego namiotów, ale Siedlecki odmawia.
— Pośrednictwo podniosłoby cenę namiotów, a ja mniej bym zarobił. Poza tym zauważyłem, że najlepiej działają firmy, których właściciel ma bezpośredni kontakt z klientem. Ja też najbardziej lubię z takimi firmami współpracować. Dlatego założyłem, że zatrzymam się w rozwoju, kiedy nie będę już w stanie sam klientów obsłużyć. Nie tylko dlatego, że mi na tym najbardziej zależy. Poza pieniędzmi mam z tego wielką przyjemność — podkreśla. &