Strukturalna sprzeczność wpisana w Ministerstwo Skarbu Państwa ujawniła się w ostatnich latach z dramatyczną wyrazistością i zaowocowała spowolnieniem, a praktycznie wstrzymaniem prywatyzacji. Dylemat, czy minister ma być strażnikiem skarbu czy jego likwidatorem, został więc jednoznacznie rozstrzygnięty: jest strażnikiem. A przecież strażnik musiałby być nie lada idiotą, by dopuścić do pomniejszenia majątku, który przyszło mu pilnować. Przecież to by oznaczało i zmniejszenie jego znaczenia, i pozbawienie pracy, zajęcia i pensji, wielu kolegów i koleżanek, przy tym pilnowaniu zaangażowanych.
Po jednoznacznym więc rozstrzygnięciu, praktyka aż nadto to udowadnia, że ministerstwo skarbu nie jest od prywatyzowania, że rządząca koalicja prywatyzację uważa co najwyżej za zło konieczne, zwraca uwagę kolejna schizofrenia. Bo przecież nigdzie nie jest zapisane, że obowiązkiem każdego rządu jest prywatyzowanie wszystkiego co się da — wystarczy powiedzieć: nie, nie prywatyzujemy. I basta, dajcie nam spokój. A jednak nie. Rząd, z uporem godnym lepszej sprawy, rokrocznie zapisuje bardzo ambitne plany prywatyzacyjne, by po roku mętnie tłumaczyć, dlaczego znowu się nie udało.
W bardzo pouczającej piosneczce, bodajże pod tytułem „Układanka”, Wojciech Młynarski śpiewał o rozterkach małego chłopca, borykającego się z układaniem puzzli, w których żaden kawałek nie chciał pasować do drugiego, a ponadto nie zgadzał się z obrazkiem, jaki miał z nich ułożyć. Zirytowany kopnął wreszcie całe puzzle i, mimo młodego wieku, tupnął nóżką i ze szpetnym słowem na ustach zażądał zmiany kawałków, albo całego obrazka.
O tym, jak się to skończyło, poeta milczy, ale już widać, jak skończy się polityczna układanka w resorcie skarbu. Wymieni się... chłopca. Nic to, że to nic nie da — będzie ruch. A wiele przecież trzeba zmienić, by wszystko zostało po staremu...