Po naradzie z politbiurem PiS prezydent, jako konstytucyjny „najwyższy zwierzchnik Sił Zbrojnych RP”, dokonał 10 października zmian. Przyjął zaskakujące rezygnacje i zwolnił 56-letniego gen. Rajmunda Andrzejczaka ze stanowiska szefa Sztabu Generalnego, zaś 55-letniego gen. broni Tomasza Piotrowskiego ze stanowiska dowódcy operacyjnego rodzajów sił zbrojnych. Szefem sztabu został 51-letni gen. broni Wiesław Kukuła, przeniesiony ze stanowiska dowódcy generalnego, a wcześniej twórca i pierwszy dowódca Wojsk Obrony Terytorialnej (WOT). Dowódcą operacyjnym został 51-letni gen. dywizji Maciej Klisz, dotychczasowy dowódca WOT. Wiek generałów podaję nieprzypadkowo — emerytura wojskowa przysługuje już od 55 lat, zaś zwolnienie ze służby następuje w wieku 60 lat, z możliwością wyjątkowego przedłużenia czynnej służby do 65 lat.
Dwaj dowódcy nagle skrócili o kilka miesięcy swoje drugie i zarazem ostatnie kadencje. Rajmund Andrzejczak planowo odszedłby ze stanowiska 25 czerwca 2024 r., natomiast Tomasz Piotrowski trochę później — 8 września. Ze względu na wiek wcale nie musieliby jeszcze odchodzić ze służby, mogli zostać przez kilka lat wykorzystani w Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO). Notabene szef sztabu z automatu był członkiem Komitetu Wojskowego NATO, najważniejszego organu militarnego, a także naczelnym dowódcą polskiej armii w razie wybuchu wojny. Jednoczesne rzucenie papierami przez obu dowódców na biurko Andrzeja Dudy oczywiście było skoordynowane, zaś przez władców z PiS uznane zostało niemal za dezercje — nie zostali dopuszczeni po publiczny odbiór aktów zwolnienia przed prezydenckie oblicze.
Konflikt dowódców z ministrem Mateuszem Błaszczakiem narastał od wielu miesięcy. Wyszedł na jaw po kompromitacji ze zlekceważeniem w grudniu 2022 r. rosyjskiej rakiety, która dopiero znacznie później została całkiem przypadkowo znaleziona pod Bydgoszczą. Po tamtym incydencie minister Błaszczak bezprecedensowo oskarżył publicznie generała Piotrowskiego o zaniedbania, ale doczekał się równie bezprecedensowego odporu i oskarżenia, że o wszystkim wiedział i sam zaniedbał. Andrzej Duda zaskakująco wziął w obronę stronę wojskową i wykluczył dymisję dowódcy. Generał Andrzejczak wtedy taktycznie milczał. Notabene w ostatnim czasie stał się bardzo rozpoznawalną, zwłaszcza w USA, twarzą polityki militarnej PiS, wielokrotnie wypowiadał się bardzo fachowo w mediach i na różnych konferencjach (uczestniczył m.in. w XXXII Forum Ekonomicznym w Karpaczu). Wyglądało na to, że bez względu na zawirowania polityczne i wyborcze spokojnie dotrwa na stanowisku do czerwca i odejdzie z orderem. Nagły zwrot nastąpił w ostatnich dniach, a bezpośrednią przyczyną przelania się czary goryczy było odcięcie przez ministra Błaszczaka zarówno sztabu, jak też dowództwa operacyjnego od udziału w operacji „Neon”, czyli powietrznej ewakuacji Polaków z Izraela. W wojsku uznano to za wizerunkową degradację obu generałów.
Wielkim zwycięzcą rozgrywki o realną władzę dowódczą został Wiesław Kukuła. Tworząc WOT stał się niekwestionowanym pieszczochem PiS w mundurze, bardzo szybko awansował i dokładał na pagonach kolejne generalskie gwiazdki. Jako szef Sztabu Generalnego wkrótce dostanie czwartą, aby w strukturach NATO nie czuł się gorzej od czteromasztowców z innych państw. Trzeba obiektywnie podkreślić, że generałowie Kukuła i Klisz wywodzą się z wojsk specjalnych, a konkretnie ze słynnej jednostki komandosów z Lublińca. Do ich przygotowania fachowego nie można mieć najmniejszych zastrzeżeń, ale to nie te kryteria decydują obecnie o awansach. Cywilni nadzorcy polityczni z PiS ufają tylko kadrze z WOT.

