Nowy jeszcze prezes TVP Bronisław Wildstein (jeszcze nowy i jeszcze prezes) już na tyle rozpoznał sytuację w instytucji, którą kieruje, że zaczyna snuć plany reformy telewizyjnego molocha. Można o jego zamiarach dyskutować, można się z nimi nie zgadzać. Kluczową kwestią nie jest jednak to, co prezes Wildstein zamierza, ale to, czy będzie miał możliwość zrealizować te zamiary.
Nikt nie wie, co takiego atrakcyjnego kryje się w ponurym kompleksie budynków przy ulicy Woronicza, ale jest on obiektem westchnień wszystkich polityków. Każda nowa ekipa władzy stara się przejąć kontrolę nad telewizją z przyzwyczajenia nazywaną publiczną, niepomna tego, że jej posiadanie nie daje gwarancji wyborczego sukcesu (by wspomnieć tylko Leszka Millera, którego TVP, kierowana przez Roberta Kwiatkowskiego, nie traktowała surowo). Pół biedy, jeżeli politycy tylko wzdychają, gorzej, gdy zaczynają grzmieć.
Samoobrona swoimi ostatnimi wypowiedziami, w których domaga się głowy nowego prezesa TVP Bronisława Wildsteina, odarła politykę z ostatnich złudzeń. Nie ma mowy o pluralizmie, kompetencjach, fachowości. Nie. Samoobrona mówi: mamy władzę, więc należy nam się wpływ na telewizję. A co najgorsze, te żądania mają szanse realizacji.
Premier Jarosław Kaczyński ma teraz twardy orzech do zgryzienia. Popierając żądania Samoobrony, pozbawi wielu wyborców resztek złudzeń co do kształtu IV RP. Stawiając tamę żądaniom Samoobrony, może pozbawić się potrzebnych rządowi głosów w ważnych głosowaniach — od dzisiejszego wotum zaufania dla rządu poczynając, a na jesiennych głosowaniach nad budżetem i podatkami kończąc. Diabelska alternatywa — można powiedzieć.