Zorbie wyraźnie brakuje pasji
Grecka restauracja usadowiła się na warszawskim Ursynowie. Zapędy dekoratora pragmatyka, który postawił sobie za punkt honoru maksymalne wykorzystanie każdego wolego miejsca, ratuje w miarę przyzwoita kuchnia. I być może świadomość, że pozostaniemy anonimowi w gwarnym tłoku.
Lokal z założenia ma wprowadzać atmosferę uwspółcześnionego antyku. Przypominają o tym gipsowe kolumienki i muzyka z filmu „Grek Zorba”, płynąca z trzeszczących głośników.
Grecką wyprawę kulinarną można rozpocząć od smażonego bakłażana z tzatzyki (sos jogurtowy z czosnkiem i świeżym ogórkiem) lub od rożków z fetą i szpinakiem. Ci, którzy obawiają się jednak zdecydowanych w smaku greckich specjałów, mogą przekąsić panierowany ser na ciepło.
Zup w karcie jest niewiele, ale ze względu na jakość tych, które serwują w Zorbie, dobrze że nie proponują więcej. Fasolada smakuje jak fasolówka z torebki. Jest jednak lepsza od awgolemono, szarej, kwaśnej cieczy z rozgotowanym ryżem, która miała być rosołem zaprawionym cytryną.
Sytuację ratuje zorbas. Popisowe danie szefa kuchni przypomina trochę róg obfitości i nie rozczaruje smakoszy grillowanego mięsa. Wielbiciele owoców morza mogą powalczyć ze skorupami wielkich krewetek lub filetem z łososia, podawanym z obrączkami z kalmarów. Wszystkie dania wzbogacono frytkami. Pieczony ziemniak serwowany jest z kawałkiem jagnięcia. Nie polecam tego specjału z pieca, ponieważ młody baranek okazał się bardzo tłusty. Łasuchowi poprawić humor może baklavas, orzechowe ciastko z lodami i bitą śmietaną.
Po tej porcji wybaczyć nawet można miłej obsłudze zaserwowanie zupy przed przekąskami.