10 lat temu upadł Lehman Brothers

Krzysztof Kolany, Bankier.pl
opublikowano: 13-09-2018, 22:00

Minęła dekada od największego bankructwa w branży finansowej.

Choć wcale nie był to początek największego kryzysu finansowego po 1945 r., to właśnie upadek Lehman Brothers najmocniej wrył się w zbiorową pamięć rynku

Plotka głosi, że gdy w Waszyngtonie ważyły się losy Lehman Brothers, prezes tej
niesławnej firmy bawił na turnieju brydżowym i nie odbierał telefonów.
Wyświetl galerię [1/2]

PRZYPADEK?:

Plotka głosi, że gdy w Waszyngtonie ważyły się losy Lehman Brothers, prezes tej niesławnej firmy bawił na turnieju brydżowym i nie odbierał telefonów. Fot. Bloomberg

Wszystko zaczęło się w lipcu 2007 r., gdy upadły dwa fundusze banku Bear Stearns. Były to pierwsze na Wall Street ofiary tlącego się wtedy od roku kryzysu subprime — czyli niskiej jakości kredytów hipotecznych. To latem 2007 r. na rynkach akcji zaczęła się bessa, a gospodarka Stanów Zjednoczonych zaczęła chylić się ku recesji. Reakcja rynku była nerwowa (na giełdach w sierpniu 2007 r. doszło do ostrej przeceny), ale wtedy jeszcze mało kto rozumiał powagę sytuacji. Tym bardziej, że jesienią giełdowe indeksy wyrównały — a w niektórych przypadkach (np. S&P500, WIG20) — nawet poprawiły czerwcowe rekordy.

Hibernacja kryzysu nie trwała długo. Już w styczniu 2008 r. przez rynki przetoczyła się paniczna wyprzedaż akcji, a Rezerw Federalna próbowała ratować sytuację rozpaczliwymi cięciami stóp procentowych. Nic to nie dało. Bear Stearns padł w marcu 2008 r. Formalnie nie było to bankructwo, lecz przejęcie jego aktywów przez bank JP Morgan Chase, który dostał na ten cel specjalną pożyczkę z Fedu w kwocie 30 mld dolarów.

Wyparcie i błędy

Wielu sądziło wtedy, że kryzys został zażegnany lub przynajmniej opanowany. Mało kto wiedział wtedy, że gospodarka Stanów Zjednoczonych już znajdowała się w recesji. Aż do jesieni, niewielu odważyło się przyznać, że jest źle. A wkrótce miało być jeszcze gorzej, bo decydenci w bankach centralnych kompletnie nie rozumieli, co jest grane. Sądzili, że jest to kryzys płynności w systemie bankowym, na który reagowali zwiększaniem tejże płynności. Tymczasem był to kryzys zaufania — banki przestały pożyczać sobie pieniądze, bo nikt nie wiedział, kto trzyma w bilansach toksyczne hipoteki spod szyldu subprime. Ponadto szef Fedu Ben Bernanke i całe sztaby fedowskich analityków nie doszacowali skali zjawiska. Subprime nie było małym ogniskiem zapalnym, lecz stertą łatwopalnych papierów, od których ogniem zajął się cały domek z kart fiducjarnego pieniądza.

Jeszcze latem 2008 r. mimo bessy na rynkach akcji nastroje inwestycyjne nie były takie złe. W recesję w Stanach Zjednoczonych nie bardzo wierzono (choć trwała już od pół roku!). Ceny surowców biły historyczne rekordy, z ropą po prawie 150 USD za baryłkę włącznie. Wciąż szybki wzrost gospodarczy notowały kraje rozwijające się — do połowy roku dynamika PKB w Polsce utrzymywała się koło 5 proc. I nie było u nas ekonomisty, który wtedy wróżyłby gwałtowne spowolnienie. Wszyscy byli w błędzie.

Kto był w 2008 r. na rynku, ten widział, że nie jest dobrze. Spekulowano, że paść mogą kolejne instytucje „zbyt duże, aby upaść”. I rzeczywiście, rząd Stanów Zjednoczonych po kolei bailoutował kolejne kostki domina: quasi- -państwowe agencje hipoteczne Fannie Mae i Freddie Mac, bez których amerykański rynek mieszkaniowy by nie istniał. Ratunku doczekała się nawet firma ubezpieczeniowa AIG, choć skala głupoty i chciwości jej kierownictwa była zatrważająca. „Zasadniczo kontynuujemy system, w którym zyski są sprywatyzowane, a straty rozdzielone na całe społeczeństwo” — skwitował to wszystko wówczas profesor Nouriel Roubini

Ale nie uratowano Lehmana. Do dziś nie wiemy, dlaczego tak się stało. Plotka głosi, że gdy w Waszyngtonie ważyły się losy Lehman Brothers, prezes tej niesławnej firmy bawił na turnieju brydżowym i nie odbierał telefonów. 13 i 14 września 2008 r. zapadła decyzja, że władza nie uratuje Lehmana. Zwłaszcza że już w poprzednich dniach od liczącego sobie 158 lat historii banku odwróciło się Wall Street. Z Lehmanem po prostu przestano handlować i pożyczać mu pieniądze, co w zasadzie przesądzało sprawę bankructwa.

W poniedziałek, 15 września potwierdziło się, że Lehman Brothers bankrutuje. To był szok. Upadek jednego z czterech największych banków na Wall Street, mającego ponad 800 mld USD aktywów. Inwestorzy byli zszokowani, że po bailoucie Bear Stearnsa politycy pozwolili upaść Lehmanowi. Przecież to nie tak miało być! To była prawdziwa panika. Ludzie nie mogli uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Zachowując wszelkie proporcje — z takim samym niedowierzaniem, 7 lat wcześniej, wpatrywaliśmy się w ekrany telewizorów widząc drugiego boeinga wbijającego się w wierzę Word Trade Center. Chyba każdy ówczesny uczestnik rynku miał świadomość, że uczestniczy w wydarzeniach historycznych. Bo oprócz Lehmana z finansowego krajobrazu z dnia na dzień znikło kilku innych niewypłacalnych gigantów. Bank of America za prawie 50 mld USD przejął Merrill Lynch. Wells Fargo „łyknął” Wachovię, a kilka tygodni później ruszyła akcja ratowania banków (za pieniądze podatników, rzecz jasna) w Europie (m.in. Fortis, ING, KBC, RBS).

Była to chwila nieciągłości systemu. Inwestorzy tłumnie rzucili się do wyjść ewakuacyjnych. Akcje i obligacje korporacyjne poleciały na zbity pysk. Ceny surowców spadały po kilka procent dziennie. Waluty rynków wschodzących (w tym polski złoty) zostały zdruzgotane, tracąc w kilka miesięcy po kilkadziesiąt procent (np. złoty w 5 miesięcy stracił prawie 50 proc. względem dolara). Rynek pożyczek międzybankowy praktycznie zamarł — nikt nikomu nie chciał pożyczać pieniędzy. Krótkoterminowy Libor dla dolara wystrzelił do 7 proc., choć cena pieniądza w bankach centralnych szybko zmierzała w stronę zera. Istny finansowy Armageddon.

Jedynymi aktywami, jakich wówczas chcieli inwestorzy, był amerykański dolar i amerykańskie papiery skarbowe. Wszystko inne było wyprzedawane. Nawet kontrakty na złoto i srebro. Tak, tak… w kilka tygodni po upadku Lehmana cena złota osiągnęła roczne minimum. Stało się tak, ponieważ przestraszeni i zlewarowani gracze z rynku terminowego panicznie zamykali długie pozycje — albo z braku pieniędzy na depozyt zabezpieczający, albo ze strachu przed zapaścią systemu. Doszło do tego, że notowania kontraktów terminowych na złoto i srebro mocno spadły, ale fizyczny metal przestał być dostępny. Po jakiejkolwiek cenie. Po prostu nie było go u dilerów. Bo kto miał, ten nie chciał sprzedawać. A kto chciał kupić, musiał się sporo napocić.

Lekcje sprzed dekady

Co nam z tego wszystkiego zostało po dekadzie? Anormalna polityka banków centralnych — to jasne. Zerowe (a gdzieniegdzie wręcz ujemne) stopy procentowe dekadę temu uważano za awaryjne i tymczasowe rozwiązania mające na celu uratować system fiducjarnego pieniądza przed ostateczną zapaścią. Powiedzmy to sobie jasno: jesień 2008 r. to był stan śmierci klinicznej współczesnego systemu finansowego. Pacjent został podłączony pod kroplówkę i respirator. Dzięki temu (jeszcze) nie umarł, ale do dawnej sprawności też nie powrócił. Przy życiu utrzymuje go tylko monetarna heroina w postaci kolejnych dawek „ilościowego poluzowania” (QE). Gdyby było inaczej, to stopy procentowe mielibyśmy teraz na poziomie przynajmniej 3-4 proc., a wszelkie QE byłyby już odległą historią.

Przekonaliśmy się, w jak kruchym ładzie monetarnym przyszło nam żyć i jak łatwo znalazł się on na skraju terminalnej zapaści. Wystarczyło kilka miesięcy. A sam krach rozegrał się w ciągu tygodni. Ludzie kompletnie nie rozumieli tego, co tak naprawdę się dzieje. Jeszcze we wrześniu 2008 r. spanikowani mieszkańcy Wrocławia ustawiali się pod bankami, aby otrzymać upragniony kredyt we frankach szwajcarskich. Bo wiedzieli, że za chwilę tanich „franków” może zabraknąć. I nie docierały do nich żadne argumenty: że idzie kryzys, że Lehman i że w ogóle nie wiadomo, co będzie dalej. I faktycznie: „franki” szybko się skończyły, bo po wrześniu 2008 r. żaden zagraniczny bank nie chciał handlować swapami walutowymi z bankami z Polski. Bankierów ratował Narodowy Bank Polski.

Obchody dziesiątej rocznicy plajty Lehmana przebiegają w dobrych nastrojach. Na Wall Street trwa najdłuższa (choć zależy, jak kto liczy) hossa po drugiej wojnie światowej. Wyceny amerykańskich akcji są wygrzane jak prawie nigdy wcześniej. Ale wciąż rosną. Giełdowe indeksy biją historyczne rekordy. Poza Ameryką tak wesoło już nie jest. Rynki wschodzące szargane kolejnymi lokalnymi kryzysami (Turcja, Argentyna… kto następny?) pogrążają się w bessie. Niewiele lepiej jest w Europie i Japonii, gdzie sztucznie wywołany prasami drukarskimi wzrost aktywności gospodarczej łapie zadyszkę.

Chiny — czyli przypuszczalnie największa bańka kredytowa w dziejach — pozostaje enigmą. Chyba nikt tak na dobrą sprawę nie wie, jak wygląda faktyczny stan drugiej gospodarki świata. Amerykanie tryskają za to optymizmem, bo dzięki cięciom podatkowym Donalda Trumpa i wciąż luźnej polityce monetarnej cieszą się najszybszym od czterech lat wzrostem PKB i rekordowo niskim bezrobociem. Nie przejmują się horrendalnym długiem publicznym, nadmiernymi wydatkami rządu federalnego (na „socjał”, aparat "bezpieczeństwa", biurokrację i armię) oraz nierozsądnie rozpoczętą przez prezydenta Donalda Trumpa wojną handlową z Chinami.

Czy po dekadzie coś istotnego naprawdę się zmieniło? Raczej nie. A jeśli już, to raczej na gorsze. Niespłacalne długi Zachodu i Chin (państw, ludzi i przedsiębiorstw) stały się jeszcze większe. W 2007 r. globalna relacja długu (prywatnego, bankowego i publicznego) do PKB wynosiła 276 proc. Dekadę później było to już 327 proc. A więc sporo za dużo niż uważane za bezpieczne 180 proc.. Proces odwrotu od nadmiernego zadłużenia się nawet się nie rozpoczął.

Banki „za duże, aby upaść” stały się jeszcze większe i wciąż terroryzują podatników, jak w zeszłym roku we Włoszech. Wszechwładza bankierów centralnych nad pieniądzem i rynkiem finansowym jest większa i bardziej despotyczna, niż przed dekadą. Bankierzy, inwestorzy, prezesi i zwykli ludzie nadal wierzą w iluzję kredytowej prosperity. Na świecie wciąż dominuje przekonanie, że wzrost gospodarczy jest tylko funkcją akcji kredytowej. I że jedyne, czego nam potrzeba, to więcej długu (czyli pieniądza). To przekonanie prędzej czy później się na nas zemści. I to w taki sposób, że jesień 2008 r. będzie przy tym wspominana jako niewinna igraszka. Paradoksalnie, im dalej (w czasie) jesteśmy od poprzedniego kryzysu, tym bliżej jesteśmy nowego. Przy pieniądzu pozbawionym wartości wewnętrznej i kreowanym w dowolnych ilościach po koszcie bliskim zera kolejny kryzys jest tylko kwestią czasu. Nie pytajmy zatem „czy?”, tylko „gdzie?” i w „jaki sposób?” wybuchnie. Nie pytajmy za to „kiedy?”, bo to jest kompletnie nieprzewidywalne. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Krzysztof Kolany, Bankier.pl

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Wyniki spółek / 10 lat temu upadł Lehman Brothers