Rodzina w stolicy mieszkała przez 420 lat. Aż do Powstania Warszawskiego, gdy uciekli do willi Versal w Konstancinie. Zasłużeni w wojnach i bitwach narodowych, także tych napoleońskich. Za Stefana Batorego jeden z Kossów, Florian, był marszałkiem króla. Kasper Niesiecki w XIX-wiecznym „Herbarzu polskim” opisuje go: „ten się różnemi wsławił poselstwy, człowiek wielkiej experyencyi”. Jego potomek Tadeusz Koss doświadczenia zbierał wpierw na morzu jako nawigator, by później wrócić do zawodu praktykowanego od pokoleń. Zajął się prawem. Skutecznie.
— Nawet korsarza antypapieża w rodzinie miałem, a do tego rzymskich konsuli i adwokatów królewskich. Dziadek był sędzią do spraw szczególnych u boku Piłsudskiego — wylicza.
Zeszłej jesieni Tadeusz Koss przyszedł do warszawskiego magistratu o lasce, po dwóch zawałach, z plikiem dokumentów. Tak jak przez ostatnie 15 lat. I tym razem prezydent Warszawy przyjęła go na audiencję. Wysłuchała jego historii o ziemi zabranej mocą dekretu Bieruta. Po paru miesiącach w mediach gruchnęła wiadomość: oddają. Działka w centrum miasta, u zbiegu ulic Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej, w cieniu Pałacu Kultury i Nauki, trafiła do wnuka prawowitego właściciela. Wartość 1,3 tys. mkw. odzyskanego gruntu to jakieś 25-30 mln zł.
— Nie uprzedzajmy faktów. Na razie są słowa. Nic na papierze nie mam. Jak podpiszę akt notarialny, to uwierzę — podkreśla Tadeusz Koss.
Dialog u papieża
Kilkanaście lat walki, dziesiątki wyroków, orzeczeń i prawie półtora tysiąca stron pism i korespondencji zostawiło ślad. Już parę razy był w ogródku i witał się z gąską. Miał nawet w ręku korzystny wyrok NSA. Na próżno.
— NSA, 12 października 1996 r., dał 30 dni miastu na decyzję. A ja ówczesnego prezydenta Warszawy, Święcickiego, spotkałem na jubileuszu Ojca Świętego, 16 października w Rzymie — strzela z pamięci (ponoć fotograficznej) Tadeusz Koss.
Gazety już pisały, że grunt trzeba będzie oddać, że jest precedens i sensacja. A na placu św. Piotra nawiązał się krótki dialog.
Koss: — No, to co, oddajecie?
Prezydent: — Tak jest, teraz już mamy podkładkę, nie będzie podejrzeń, że pana wyróżniamy. W Warszawie działka czeka.
Tygodnie mijały i cisza. Kilka dni po terminie Święcicki wydał decyzję o zawieszeniu sprawy. Koss poszedł do NSA, proponując grzywnę dla urzędnika za niedostosowanie się do wyroku. Kwiat palestry odpowiedział m.in. tak: „Jakkolwiek należy przyznać, że prezydent miasta nie wykonał wyroku NSA, to uczynił to z przyczyn obiektywnych. A przepis mówiący o grzywnie ma zakres fakultatywny, a nie obligatoryjny i sąd korzysta z tego pierwszego”.
— Przyszedłem do domu. Upiłem się, pomyślałem i przygotowałem skargę do trybunału w Strasburgu, gdzie skarżyłem się na przewlekłość postępowania. Wzięli ją na wokandę dopiero po mojej karczemnej awanturze — przyznaje Tadeusz Koss.
Postrach z Powązek
Nie kryje, że jeśli chodzi o język, to ma giętki, ostry i niewyparzony. Piotrowi Ikonowiczowi odpalił kiedyś: „Cham chamem na wieki wieków amen”. Janusza Lewandowskiego nazwał „pierwszym paserem Rzeczypospolitej”. Oba procesy przegrał. Za to w Strasburgu przegrała Polska. Za przewlekłość postępowania. Uzasadnienie wyroku liczy 25 stron, zasądzone zadośćuczynienie moralne — 7 tys. euro.
Znowu zaczęło się pukanie do urzędów, składanie wniosków i pism. Teczka z napisem „Zielna 26” (taki był przedwojenny adres kamienicy) pęczniała. — Pani prezydent to się pewnie nade mną zlitowała, a może się też przestraszyła, bo ja tej sprawy nie odpuszczę. Do Brukseli znów pojadę, z Powązek będę straszył, a nie popuszczę — zapowiada Tadeusz Koss.
Podobnych spraw w Warszawie są tysiące, większość z nich zawisła w próżni. Tylko na placu Defilad są jeszcze ze cztery, mocno udokumentowane sprawy o zwrot gruntów. — To na pewno nie jest precedens i przełom. Polityka miasta w tej dziedzinie się nie zmieniła, sprawy się wloką — studzi entuzjazm Jerzy Owczarek, prawnik, znawca tematu gruntów warszawskich (autor monografii i bloga na ten temat), od prawie dekady zajmujący się takimi sprawami.
Inny adwokat, który woli pozostać anonimowy, ma jeszcze mniej złudzeń. — Marketing polityczny. Wybieramy jeden głośny przypadek starszego pana, rzucamy temat dziennikarzom i potem w świetle fleszów podpisujemy akt notarialny, przekazujemy ziemię. A tak naprawdę, dla ogółu dekretowców, nie zmienia to nic.
Ratusz zatrudnia armię prawników zabezpieczających interesy miasta, które w sprawach reprywatyzacyjnych jest zresztą sędzią we własnej sprawie. Grunty pod Złote Tarasy czy Port Praski albo Stadion Narodowy też były lub są objęte roszczeniami spadkobierców dawnych właścicieli.
— Zarówno Skarb Państwa, jak i miasto mogą i potrafią przejść wobec tego obojętnie oraz zgodnie z prawem — przekonuje warszawski adwokat.
Jerzy Owczarek podkreśla: — Tu jest twarda ekonomia, miasto nie chce działać na własną szkodę, a politycy nie zamierzają narażać się wyborcom wyrzucanym na przykład z kamienicy, bo zmienił się jej właściciel.
Będzie bitka
Tadusz Koss, jeśli chodzi o jego działkę, ma te rozważania za sobą. Pozostaje jednak wiceprezesem Warszawskiego Zrzeszenia Właścicieli Nieruchomości, będzie pomagał innym. Zaczyna też dzielić włości. Obecny plan zagospodarowania terenu pozwala na małą gastronomię czy działalność wystawienniczo-reklamową.
— Miałem już propozycję wystawy. Niektórzy twierdzą, że mogę sobie tu nawet namiot na tysiąc osób sprawić. A jak się trafi dobra oferta — sprzedam. A jak nie, to niech się syn martwi — zdradza w konspiracji.
Wiadomo, co na Zielnej 26 przed wojną było. Stała duża narożna kamienica dochodowa, własność seniora rodu ze strony matki, czyli Józefa Ostrowskiego. Przedwojenny milioner wzbogacił się m.in. na handlu futrami z carską i radziecką Rosją. Na parterze domu siedzibę miało kilkanaście sklepów, w podwórzu stał hangar wytwórni filmowej As. W czasie powstania połowę budynku zmiotła eksplozja pocisku z Grubej Berty. Resztę rozebrano. Dziś rośnie tam parę drzew, trochę trawy, wałęsają się tubylcy z puszkami piwa. Już niedługo. Tadeusz Koss przestaje być Don Kichotem, do którego kiedyś porównali go dziennikarze.
— Tamten miał wyimaginowane potwory i zjawy, a ja szedłem do celu z dokumentami w ręku. Zdążyłem — mówi z ulgą 72-letni Koss, żwawo wymachując rodowym sygnetem.
Zapewnia, że walkę o wiano matki, czyli odszkodowanie za grunt pod dawną kamienicą na Ogrodowej, sobie daruje. Poczeka na ustawę reprywatyzacyjną. Choć może do boju staną syn i wnuk, obaj Tadeuszowie, zgodnie z rodzinną tradycją. Bo jak pisał Długosz, Kossowie to rycerze przedchorągiewni, szlachta bitna.
Bombonierka za tandetę Józef Ostrowski, syn
zaściankowego szlachcica spod Mławy i dziadek Tadeusza Kossa, dorobił się
fortuny, prowadząc m. in. fabrykę Kontusz. Zatrudniał 400 osób, szył gotowe
garnitury i jesionki, co ochrzczono tandetą. Ale się sprzedawało, szczególnie w
Rosji. Z rejonów Mandżurii sprowadzał wyprawione skóry i futra, szył je i
wysyłał choćby do Paryża. Przebicie było tysiąckrotne. Zyski inwestował m.in. w
nieruchomości, kupując tu i ówdzie place oraz kamienice. Sam z rodziną mieszkał
w wynajmowanym 12-pokojowym mieszkaniu w Alei Róż. Opodal Warszawy, w Skolimowie
pod Konstancinem miał willę Versal . Kupił ją od cukiernika Edmunda
Gwizdalskiego, stąd wyglądem przypomina ona bombonierkę.
Naród a własność Ogłoszony 26 października 1945 r.
tzw. dekret Bieruta dotyczył własności i użytkowania gruntów na obszarze
Warszawy. Pozbawił mienia blisko 20 tys. warszawiaków i objął jedną czwartą
powierzchni miasta. Dokument liczył 12 artykułów mówiących m.in. o „odbudowie
stolicy zgodnie z potrzebami Narodu” i odszkodowaniach za przejęte
mienie.
Bezcenne grunty:
14 tys. ha - tyle gruntów w
Warszawie przejął Skarb Państwa na podstawie dekretu Bieruta.
45 mln USD - na
tyle w 1939 r. wyceniano majątek Józefa Ostrowskiego, ówczesnego właściciela
kamienicy przy Zielnej 26.
17 tys. osób - mniej więcej tylu ludzi stara się o
zwrot mienia zabranego na mocy dekretu Bieruta.
Trochę korsarz, trochę święty Kossowie noszą herb Kos, czyli trzy krwawe linie na srebrnej zbroi, a w klejnocie strusie pióra. Taki sam herb widnieje m.in. na nagrobku w chrzcielnicy we Florencji. To rzeźba poświęcona antypapieżowi Janowi XXIII, czyli Baldassare Cossie, który zmarł w 1419 r. Za młodu studiował prawo w Bolonii, potem sporo korsarzował, dorobił się. Zainwestował więc w kapelusz kardynalski i miejsce w historii. Pod koniec życia rozdał majątek ubogim i umarł ponoć jako człek zacny. Grobowiec dłuta Donatella miał pierwotnie stać w katedrze. Potomkowie Cosse przez Czechy trafili do Polski, miewali wśród siebie wojewodów, biskupów i opatów. Byli głównymi fundatorami organów oliwskich