Roman Paszke idzie na rekord. Ma ułańską fantazję, najszybszy jacht świata, najlepszego routiera, doświadczenie i sponsora. Co może pójść nie tak? Wszystko.
Piątek, 12 stycznia. Czekamy w Gdyni. Zdrowo wieje. Dla żeglarza to dobrze. Dzwoni telefon. Nie jest dobrze.
— Nie przypłynę w ten piątek. Szwedzki dźwigowy w Vastervik nie chce zrzucić łódki na wodę... Wieje ponad sto na godzinę. Czekamy na pogodowe okienko. Najbliższe ma być w środę, więc w piątek koło czwartej nad ranem powinniśmy wpłynąć do Gdyni — tłumaczy Roman Paszke.
W głosie słychać złość i żal. Gdyby nie ten dźwigowy... Ale w porywach dmucha „dwunastka” — na Bałtyku sztorm, a w Szwecji władze odradzają wychodzenie z domu, więc co się dźwigowemu dziwić. Vastervik? Niewielki port w hrabstwie Kalmar, w południowo-wschodniej Szwecji. Raj dla wędkarzy.
Żeglarzom kojarzy się raczej ze stocznią Marstrom Composite. Jej założycielem i szefem jest Goran Marstrom, olimpijski medalista z Moskwy. Na katamaranie „Tornado” wywalczył brąz. I od 20 lat robi katamarany. Jako pierwszy zaczął wykorzystywać do ich budowy włókno węglowe i autoklaw. Dlatego to on zbudował „Bioton” (polskie stocznie nie mają know-how na budowę podobnych jachtów) — najnowocześniejszy katamaran na świecie, na którym Roman Paszke już wkrótce wyruszy w samotny rejs dookoła świata w ramach Jules Verne Trophy. Jeżeli zdoła pokonać 21,6 tys. mil morskich w czasie krótszym niż 71 dni, 14 godzin, 18 minut i 33 sekundy — odbierze brytyjskiej żeglarce Dame Ellen McArthur rekord świata.
Na samym maszcie
Czwartek, 20 stycznia. Gdynia. Wieje z południowego zachodu. I to zdrowo: 20 m/s. Dzwoni Paszke: „Bioton na wodzie, płynę. Będę w piątek około czwartej nad ranem”. Czekanie.
Tydzień poślizgu, ale regulamin Jules Verne Trophy nie mówi, kiedy i o której śmiałek ma wypłynąć do bicia rekordu. Ważne, by z określonego miejsca. A jest nim linia łącząca wyspę Quessant we francuskiej Bretanii z przylądkiem Lands End na południowo-zachodnim wybrzeżu Wielkiej Brytanii.
To również meta. Niewielu ją przekroczyło, choć próbowało wielu. W ciągu ostatnich 15 lat udało się to tylko trzem samotnikom. Dwa lata temu Ellen McArthur podkręciła rekord, ustanowiony przez Francuza Francis Joyon — raptem o godzinę. A ich łódki tak się do siebie miały jak ferrari do trabanta.
Piątek nad ranem. Jeszcze ciemno. Wieje, fala wysoka. Przy główkach falochronu pojawia się biało-czerwony katamaran z niebieskim napisem „Bioton” na obu pływakach. Cumuje za Dalmorem, przy nabrzeżu stoczni Nauta. Wreszcie! Pierwsze wrażenia? Łódka dzielna? Jak się spisuje, jak płynie pod żaglami?
— Przedsmak tego, co mnie czeka. Było trochę brzydkiej, skotłowanej fali. Później zrobiła się regularna, ale jacht pokazał możliwości prędkościowe. Na małym foku (53 mkw.) zrobiliśmy prędkość 28,3 węzła. Potem wiatru było więcej, więc go zdjęliśmy. Na samym maszcie, przy wietrze dochodzącym do 50 węzłów, robiliśmy 18 węzłów. Łódka jest dość szybka. Ale ostro wiało, dlatego nie byliśmy w stanie wczepić grota w maszt. Sporo rzeczy trzeba poprawić, ponaciągać... Łódka dopiero po kilku pływaniach będzie dotarta. Będę ją poznawać podczas rejsu, będę z nią rozmawiać… Na razie to jeszcze „plac budowy”, trzeba skończyć całe wnętrze. I na pewno dołożyć czwarty kabestan. OK, pogadamy później, bo padam z nóg. Muszę się zdrzemnąć — tłumaczy się Paszke.
Rzut oka na łódkę. „Bioton” jest gigantyczny, ma znacznie większą wodnicę od trimaranu „B&Q” Ellen McArthur. To 28 m długości, 14 m szerokości i jedynie 8 ton wyporności. Węglowy maszt wznosi się na 33 metry. I żagle, które czynią „Bioton” szybszym od skutera wodnego. Powierzchnia grota to aż 235 mkw., a genakera 330 mkw. Przy nich żagle Ellen (160 mkw. i 213 mkw.) wyglądają jak chustki do nosa. Jedynie powierzchnie foków są zbliżone: 110 na „Biotonie” i 106 na „B&Q”.
Trimaran jest bezpieczniejszy od katamaranu, ma znacznie korzystniejszą tzw. krzywą stateczności. Czyli: trudniej o wywrotkę. Ale katamaran na każdym kursie jest szybszy od trimaranu, choć zdecydowanie trudniejszy w obsłudze; wymaga bardzo ostrej żeglugi, co oznacza, że albo jest się na granicy wywrotki, albo płynie się znacznie poniżej „potencjału jachtu”. Nigel Irens, który projektował łódkę Brytyjki, twierdzi, że nie jest to zbyt dobre w samotnym wyścigu. Fakt. Choćby dlatego, że trimaran ma w środkowym pływaku cały kokpit, urządzenia pozwalające pracować na żaglach, wszystko jest w jednym miejscu. Paszke ma je rozłożone na całym jachcie — są od siebie odległe o 14 metrów.
Ale to nie w łódce leży źródło sukcesu. Wszystko sprowadza się do szczęścia. Z pogodą. Tę stara się przewidzieć i tak wytyczyć trasę rejsu, aby uniknąć „niespodzianek” routier Romana Paszki, Meeno Schrader (prowadził też rejs Ellen McArthur, a wcześniej Paszkego w regatach The Race). To od jego decyzji zależy, kiedy Polak wypłynie.
— Właściwie to jestem członkiem załogi Romana. Jego oczyma. Widzę to, co go spotka za dwa, trzy, siedem dni. Przepowiadam przyszłość. Moim zadaniem jest wytyczenie najszybszej aktualnie trasy, nie tylko pod względem wiatru, ale też stanu morza. Klimat wciąż się zmienia, dlatego to coraz większa sztuka. W lutym i marcu spodziewam się bardzo silnych wiatrów i sztormów na półkuli południowej. Ale Roman ma swą historię ze sztormami i powinien dać sobie z nimi radę. Dwa takie sztormy zdarzyły mu się w czasie The Race, oba o sile huraganu. Ale mogą być też i takie momenty, w których nie będzie żadnych wiatrów. Klimat się zmienia. Mówiłem... Trzeba mieć łut szczęścia. Miała go Ellen McArthur, gdy rok temu pobiła rekord. Romanowi też by się przydał — mówi Meeno Schrader.
Kosmiczna łódka
Sobota. Przeciera się. Wiatr słabnie. Paszke od świtu uwija się w doku, na łódce. Jak w amoku.
— Skąd pomysł, żeby płynąć po rekord?
— Z ambicji. Kiedyś pływało się na przeciekających jachtach drewnianych, potem plastikowych. Kiedy dwa razy w roku dostałem paszport, żeby pożeglować w regatach na Zachodzie, to był cud. W 1979 roku brałem udział w regatach Admiral's Cup. Dostaliśmy straszne baty, przepaść technologiczna... To było dla mnie jak kopanie leżącego. I te upokarzające uśmieszki zachodnich żeglarzy. Pomyślałem sobie: nigdy więcej! Decyzję o starcie w Jules Verne Trophy podjąłem dwa lata temu. Początkowo zamierzałem popłynąć na tym samym katamaranie „Warta-Polpharma”, na którym płynąłem w regatach The Race. Ale spotkałem Ryszarda Krauze, i od sierpnia ubiegłego roku pracujemy nad projektem Bioton Race, czyli rejsem dookoła świata — opowiada Paszke.
Stoję na potężnej belce łączącej oba pływaki i uważnie badam jeden z naciągów. Trudno uwierzyć, ale ta belka, na której stoi maszt, jest w stanie wytrzymać nacisk 180 ton — kilkunastu tirów, ustawionych jeden na drugim.
— „Bioton” to najszybsze dzieło sztuki, supernowoczesna konstrukcja! Regulamin Jules Verne Trophy nie stawia konstruktorom żadnych ograniczeń. To, co zrobiliśmy, o krok wyprzedza osiągnięcia Francuzów, specjalizujących się w budowie łodzi wielokadłubowych. Nasza łódka powstała zaledwie w 3,5 miesiąca. I tym samym już pobity został pierwszy rekord, bo wcześniej nikomu nie udało się w tak krótkim czasie zbudować podobnej łódki na taki rejs. Zazwyczaj potrzeba na to 8-10 miesięcy. Kadłub powstał w nowej technologii, polegającej na wygrzewaniu w autoklawie całego kadłuba, a nie poszczególnych elementów. Żagle się zwija, nie refuje. Grot z kompozytu carbon spektra (235 mkw.), mały fok i soleni też z karbonu. Genaker z materiału wręcz kosmicznego: ceber fiber — tak mocnego, że trudno go rozerwać nawet czołgiem. Wszystkie przednie żagle są na rollerach, dzięki czemu nie muszę ich wciągać po sztagu na górę, po prostu je zwijam. To wygodniejsze i mniej męczące. Maszt jest obrotowy. Nie okrągły, lecz lekko spłaszczony. Ma 28 mkw. W razie bardzo silnych wiatrów, gdy nie da się płynąć na żaglach, on sam będzie robił za żagiel. Mózgiem jachtu jest procesor oparty na bardzo dokładnych sensorach, reagujących nawet na lekki skręt masztu. Jest inteligentny samoster, komputer reagujący na wszystko: siłę i kierunek wiatru, przechył łódki. Dzięki niemu człowiek może poświęcić sterowaniu raptem 1 procent czasu — zaznacza Paszke.
A koszty tej „maszynki”?
— O połowę mniejsze niż wtedy, gdybyśmy budowali taki jacht we Francji. Łódka Ellen, mniejsza od „Biotonu”, jest dziś do sprzedania za 2 mln dolarów i to prawie koszt jej budowy. Przypuszczam, że gdyby ktoś chciał na niej wystartować po rekord, musiałby w nią wsadzić jeszcze drugie tyle — ocenia Paszke.
— A gdy się zepsuje?
— To koniec. Sam nie dam rady naprawić.
Co, prócz awarii, może pokrzyżować plany? „Ryczące czterdziestki”, „wyjące pięćdziesiątki”, kilkunastometrowe fale?
— To jeszcze pół biedy, na nie jestem przygotowany. Najgorsze mogą okazać się usypiające rejony o wiatrach słabych jak na Mazurach, za to z tropikalnymi burzami. Cisza, flauta, nagle pojawia się burzowa chmura i silny szkwał w kilka sekund przewraca łódkę — wyjaśnia Paszke.
— Jak to możliwe przy takiej konstrukcji i rozmiarach?
— Bo burza łapie właśnie wtedy, gdy płynie się na pełnych żaglach. Pół biedy, jeżeli będę na pokładzie i zdążę zareagować, ale jeżeli ta cisza mnie rozklei, włączę samoster i pójdę się zdrzemnąć pół godziny, wtedy… lepiej nie myśleć — mówi Paszke.
Koniec rekordzisty
Samotność? Ta Jaskuły, Teligi czy Baranowskiego niemal pachniała romantyzmem. Samotny żeglarz zmagający się z potęgą i niespodziankami natury za pomocą sekstansu. Paszke jakby wszystko ma wyliczone, stoi za nim technologia, ludzie, satelity. No i gdzie tu miejsce na samotność?
— Oni nie płynęli na czas, po rekord. Samotność będzie doskwierać, ale dzisiaj nie wiem, jak ja ją zniosę. Opowiem po powrocie — obiecuje Paszke.
Strach?
— Boję się, ale mam świadomość, że bezpieczniej mi będzie na katamaranie, niż przechodząc przez Marszałkowską w godzinie szczytu — żartuje Paszke.
Kiedy zobaczymy się ponownie?
— Albo po trzech dniach, gdy w drodze na linię startu coś się wydarzy, albo po siedemdziesięciu. Chciałbym urwać z rekordu Ellen choćby te 33 sekundy. To byłyby dla mnie 33 sekundy szczęścia. Ale to będzie bardzo trudne.
W poniedziałek Roman Paszke chce wypłynąć do Anglii. Ma „okno pogodowe”. W środę stanie na starcie w okolicy wyspy Quessant.
Powodzenia.
Miejsce startu i metyto linia łącząca wyspę Quessant we francuskiej Bretanii z przylądkiem Lands End na południowo-zachodnim wybrzeżu Wielkiej Brytanii. Potem dookoła Afryki, po Oceanie Indyjskim, następnie Roman Paszke będzie musiał opłynąć Australię i Nową Zelandię, przez Ocean Spokojny, ominąć przylądek Horn i skierować się na północ. W stronę domu.
Polscy samotnicy
Dotychczas tylko kilku Polakom udało się samotnie okrążyć kulę ziemską.Pierwszym był Leonid Teliga. „Opty” wypłynął w rejs dookoła świata w 1967 r. Do Gdyni wrócił 2 lata później. W latach 1972--73 dokonał tego kpt. Krzysztof Baranowski na jachcie „Polonez”. W latach 1976-78 samotną podróż wokół globu odbyła pierwsza w świecie kobieta — Krystyna Chojnowska-Listkiewicz, na „Mazurku”. W latach 1979-80 Henryk Jaskuła, na „Darze Przemyśla”, w 344 dni okrążył świat, jako jedyny z Polaków, bez zawijania do portów. Bo w 1984 r. kpt Andrzej Urbańczyk na „Nord IV” zawinął do trzech... Czekamy na kontynuatorów.
Dlaczego Paszke?
Roman Paszke (ur. 1951) — skipper i kapitan jachtowy żeglugi wielkiej, absolwent AWF w Gdańsku. W 1989 r. zbudował pierwszy polski jacht hi-tech „Gemini”. Pierwszy, którego kadłub wykonano z włókien węglowych. Wkrótce założył stocznię jachtową Gemini International, w której powstały m.in. „MK Cafe Premium” i „MK Cafe”. Dwudzieste miejsce na Mistrzostwach Świata w Marstrand było przepustką do świata żeglarskiej elity. Zaczęło się. IV miejsce w Mistrzostwach Świata w Scheveningen, I w regatach Soleni ’97, IV miejsce podczas Kieler Woche, w końcu wygrywa prestiżowe regaty: Admiral's Cap ’97. Jest na szczycie. W 2000 r. na katamaranie „Warta-Polpharma” odbywa z załogą rejs, dający kwalifikację do regat The Race, w których przypłynął na metę czwarty. Trasę pokonał w 99 dni, 12 godzin, 31 minut. Któż więc, jeżeli nie on, mógłby stanąć do próby bicia rekordu Jules Verne Trophy?
Jules Verne Trophy
Rejs Jules Verne Trophy to jedno z największych żeglarskich wyzwań. Reguły ustaliło dwoje Francuzów: Titouana Lamazou i Florence Arthaud — rejs dookoła świata, bez pomocy z zewnątrz i zawijania do portów. Lamazou pokonał trasę na jachcie jednokadłubowym w 1985 roku, ustanawiając tym samym rekord w tzw. Jules Verne Trophy, bo to francuski autor, pisząc „W 80 dni dookoła świata”, wyznaczył horyzont. Pierwszy barierę 80 dni w samotnym rejsie przełamał Francis Joyon: 71 dni i 22 godziny. Dziś rekord należy do Brytyjki.
Ellen McArthur, która opłynęła świat na trimaranie „B&Q” w 71 dni, 14 godzin, 18 minut i 33 sekundy.
