Wczorajsze półtoragodzinne spotkanie prezydenta Lecha Kaczyńskiego z premierem Donaldem Tuskiem ukierunkowane zostało na piątkową wizytę szefa rządu na Kremlu i teoretycznie miało posłużyć przynajmniej wymianie argumentów — o ujednoliceniu stanowisk nie ma co marzyć — w sprawach polityki zagranicznej, w tym w tak strategicznych kwestiach, jak amerykańska tarcza antyrakietowa czy bezpie-czeństwo energetyczne Polski.
Opinie obu rozmówców po spotkaniu z największą uwagą wysłuchane zostały rzecz jasna przez Moskwę. Mimo kurtuazyjnych deklaracji obu stron, najmniejsze nawet rozbieżności zostaną wychwycone i przeanalizowane, w celu wykorzystania w piątek. W ostatnich dniach przed wizytą obserwujemy potężną socjotechniczną ofensywę rosyjskich polityków oraz dyspozycyjnych wobec nich mediów. Niedawno w Krajowej Izbie Gospodarczej przysłuchiwałem się wywodom ambasadora Władimira Grinina. Naprawdę wypada docenić jego zimną precyzję doświadczonego dyplomaty, wyliczającego wszelkie grzechy strony polskiej — choćby naszą odpowiedzialność za uśpienie międzyrządowej komisji do spraw współpracy gospodarczej. Punktowanie poprzedniego rządu ambasador Rosji łączy z nadziejami wobec obecnego — co w tym samym czasie innym rosyjskim politykom nie przeszkadza w określaniu ekipy Donalda Tuska jako… jeszcze gorszej dla współpracy dwustronnej niż tej Jarosława Kaczyńskiego! I tak to już będzie do samej wizyty.
Relacje na szczytach władzy w Polsce są bardzo dalekie od analogicznych stosunków w Rosji, gdzie premier Wiktor Zubkow wykonuje wszelkie dyspozycje prezydenta Władimira Putina na jedno jego pstryknięcie palcami. Taki model wyraźnie odpowiada społeczeństwu Rosji, u nas zaś uznawany jest za marionetkowy. Niestety, w naszej dojrzałej demokracji ostatnio niemal codziennie notowane są na szczytach państwa wydarzenia, z których i rosyjskie służby w Warszawie, i ich centrale, i decydenci na Kremlu, i media, i wreszcie społeczeństwo rosyjskie głośno się śmieją. Mają z czego.
Jacek Zalewski