Sprawa pozostawienia 7-procentowej stawki VAT w budownictwie społecznym zaczyna przypominać znany z okresu PRL problem sznurka do snopowiązałek. Zajmowały się nim najtęższe mózgi, a i tak gdy nadchodziły żniwa, sznurka nie było. O tym, że obniżona stawka w budownictwie będzie obowiązywać do 31 grudnia, też wiadomo co najmniej od chwili wejścia Polski do Unii Europejskiej. I co? I nic. Rząd myśli, jak ten problem rozwiązać.
Sejmowe komisje finansów i infrastruktury chciały wczoraj popchnąć sprawę do przodu, ale im się to nie udało. Dlaczego? Bo posłowie mogli się zapoznać tylko z odmiennymi zdaniami resortów finansów i budownictwa. Jednolitego stanowiska rządu się nie doczekali i przerwali obrady. Znając zwartość obecnego gabinetu, raczej na dłużej. Oczywiście, sprawa nie jest łatwa, ale — przypomnijmy — wałkujemy ją już od lat. I mimo zapewnień polityków powoli tracimy nadzieję na utrzymanie niższego VAT.
Ministerstwo Finansów ma oczywiście swoje argumenty — że rozszerzenie uprawnień do korzystania z niższego VAT może spowodować sankcje Unii Europejskiej. Dowodzi to jedynie, że wejście do Unii było potrzebne nie tylko obywatelom, ale również rządzącym — czym by usprawiedliwiali swoje decyzje, jeśli nie mniej lub bardziej realnymi wymogami UE. Co ciekawe, o ile w sprawie VAT boimy się Unii, to w sprawie Rospudy już ani troszeczkę. Zresztą feralna obwodnica pośród torfowisk to też rezultat głębokiego namysłu — konflikt narastał latami, by wreszcie stanąć na ostrzu noża. A premier mówi, że wytyczenie innej trasy obwodnicy opóźni budowę o 10 lat, bo biurokracja, administracja itp., itd. To pewnie kolejny temat do namysłu. I pewnie znowu na długo.