15 mln zł aktywów i 27 proc. zysku w nieco ponad 2,5 roku działalności — to osiągnięcia Abbey Art Fund, jedynego w Polsce funduszu sztuki. Okazuje się jednak, że o ile dla posiadaczy certyfikatów jest to intratna inwestycja, to już dla pomysłodawcy i właściciela wehikułu — niekoniecznie.

Utrzymanie funduszu (wynagrodzenia dla pracowników, wsparcie sprzedaży itp.) kosztowało Abbey House 360 tys. zł rocznie. Mimo że spółka miała przychody w postaci części opłaty za zarządzanie, to jednak na „koniec dnia” wychodziła na tym projekcie bez zysku. Produkt z dobrodziejstwem inwentarza przejął Index Atlas, amerykańska grupa inwestycyjna,działająca na rynku private equity, IPO, fuzji i przejęć. Za sprzedaż praw do zarządzania polskim funduszem i przepływów finansowych z tym związanych Abbey House zainkasuje 1,7 mln zł, co stanowi 13 proc. aktywów netto.
— Zgodnie z wytycznymi nowej strategii przyjętej przez radę nadzorczą spółki, rozpoczęliśmy proces pozbywania się aktywów niezwiązanych z głównym przedmiotem działalności. Podpisaliśmy już umowę przedwstępną. Zgodę na sprzedaż funduszu muszą wyrazić jeszcze posiadacze certyfikatów. Zgromadzenie inwestorów odbędzie się we wtorek, 8 kwietnia. Gdy głosowanie zakończy się pomyślnie, prawo do zarządzania przejmie spółka Abbey Asset Management, której 100 proc. udziałów jest w rękach Index Atlas Group — tłumaczy Jakub Kokoszka, prezes Abbey House.
Po co amerykańskiej firmie polski fundusz sztuki? Na stronie internetowej Index Atlas przeczytać można, że firma utworzyła wehikuł, który będzie inwestować na rynku mody i sztuki w USA, a także Unii Europejskiej. Spółka Abbey House notowana jest na NewConnect od 2011 r. Przez ten czas jej akcje były w trendzie spadkowym, zniżkując prawie 32 proc. W tym roku inwestorów przekonała nowa strategia (usługi analityczne, szkolenia, serwisy informacyjne), bo walory wzrosły o prawie 50 proc.