Cykliczny szczyt Rady Europejskiej jest przedsięwzięciem, które każdorazowo musi odnieść sukces z definicji. Nawet gdy rzeczywistym dorobkiem jest pustka, to i tak na podsumowujących obrady konferencjach prasowych poszczególne delegacje dmą w surmy zwycięstwa.
Rada zakończona w piątek konkretów przyniosła niewiele, zwłaszcza w kwestiach tak palących, jak przeciwdziałanie wzrostowi cen energii czy żywności. O reakcji na odrzucenie przez Irlandczyków traktatu z Lizbony już pisałem po pierwszym dniu — i dokument końcowy nic tu nie zmienił. Zafrasowana klasa polityczna — zebrana zarówno w Brukseli, jak i na sesji Parlamentu Europejskiego w Strasburgu — kompletnie nie wie co robić i odkłada temat do kolejnego szczytu, 15 października.
Od 1 stycznia 2009 r. sytuacja prawna UE będzie ciekawa, ponieważ wobec niewejścia w życie Lizbony, automatycznie wchodzą niektóre odłożone w czasie, a zapomniane przepisy traktatu z 2000 r. z Nicei. To temat na odrębne opowiadanie. Aha, w konkluzjach szczytu Polska zaliczona została do 19 państw, które traktat z Lizbony już ratyfikowały — co jest kłamstwem! Przecież brakuje — zaledwie i aż — podpisu prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który konstytucyjnie do jego złożenia nie jest przymuszony ani ustawą, ani nawet… wynikiem ewentualnego referendum.
Polskie surmy na szczycie ogłosiły przyjęcie bez sprzeciwu idei wzmocnienia Europejskiej Polityki Sąsiedztwa (EPS), pod nazwą Wschodniego Partnerstwa. Obejmie ono Ukrainę, Mołdawię, Gruzję, Azerbejdżan i Armenię, a na poziomie eksperckim i technicznym — także Białoruś. Ma przynieść wartość dodaną do EPS oraz już istniejących inicjatyw, takich jak np. Synergia Morza Czarnego. Jednak na czym konkretnie ma polegać — dopiero za rok zaproponuje Komisja Europejska. Diabeł tkwi właśnie w nieznanych szczegółach, dlatego nie dziwi, że na poziomie ogólności prezydenci i premierzy mogli wspaniałomyślnie pozwolić sobie na jednogłośność.
Wystrój brukselskiego gmachu Justus Lipsius, w którym odbywają się szczyty, zapewnia aktualna prezydencja. Billboardy i dywany z logo Słowenii za kilka dni znikną, 1 lipca zaś wprowadzi się Francja. Jednak prezydent Nicolas Sarkozy już zachowywał się jak przewodnik stada. Zbeształ Irlandię, udając że nie wie, iż traktat z Lizbony dzisiaj odrzuciłoby w referendum 53 proc. Francuzów! Cesarskim wejściem Sarkozy’ego będzie ściągnięcie 14 lipca do Paryża kilkudziesięciu przywódców i ogłoszenie powstania Unii dla Środziemnomorza, sięgającego aż po Syrię. Dla nas takie imperialne mrzonki mogłyby być śmieszne, gdyby nie miały konkret- nego przełożenia gospodarczego. Na szczęście w Brukseli postulowana przez Sarkozy’ego paliwowa urawniłowka podatkowa została skontrowana, m.in. przez Angelę Merkel. Ale generalnie — przez najbliższe pół roku trzeba francuskiemu przewodnictwu UE naprawdę patrzeć na ręce.