Ach ten Kielman

Rafał Kerger
opublikowano: 2007-05-17 00:00

124 lata historii wizytowych butów na 100 metrach kwadratowych. Zwabiło de Gaulle’a, przyciąga też innych.

Co łączy Hankę Bielicką, Gabrielę Kownacką, Laurę Łącz, Sophie Marceau, Jeremiego Ironsa, Stevena Segala, Donalda Sutherlanda, Marka Kondrata, Jerzego Pszoniaka, Tomasza Kota, Charlesa de Gaulle’a, Władysława Sikorskiego, Zbigniewa Herberta, niemal wszystkich polskich premierów po 1990 r. oraz wielu polityków różnych partii, w tym, czym się sam chwali, Andrzeja Leppera?

Wszyscy noszą lub nosili najlepsze i najdroższe polskie buty — od Kielmana i zostawili w centrum Warszawy majątek. Co ich dzieli? Zdecydowali się przyjść po buty na Chmielną — przecznicę Nowego Światu — z różnych powodów.

Jedni chcieli oficerki, inni eleganckie pantofle, a jeszcze inni — dla siebie i dla syna — warte co najmniej trzy tysiące za parę obuwie przypominające rolnicze gumofilce. Miały się wkładać bez naciągania i być zrobione z najlepszej jakości bydlęcej skóry, takiej z jakiej swoje obuwie zamawia w Londynie książe Karol.

Konkurencji nie ma

Przed wojną w witrynie sklepu Jana Kielmana przy Chmielnej stała napełniona po brzegi wanna. Po wodzie pływała odporna na wilgoć para męskich pantofli. Dziś u Kielmana takich ekstrawagancji nie ma, bo też i po co. Maciej Kielman, czwarte pokolenie rządzące firmą, jest — tak jak rzesza zadowolonych klientów — chodzącą reklamą wyrobów swojej rodziny. Nie nosi trampek, nie nosi nawet adidasów, nie nosi na nogach nic poza marką Jana Kielmana, pradziadka, który w 1883 r. założył w Warszawie jedną z najbardziej zjawiskowych dziś manufaktur obuwniczych na świecie.

— Najbliższa poważna konkurencja dla naszej firmy, mogąca zaproponować podobnie szeroką ofertę butów szytych w stu procentach ręcznie, na miarę i zgodnie z życzeniem klienta, jest w Wiedniu. Słynne firmy tego pokroju istnieją również w Paryżu, Rzymie, Londynie, USA, Japonii i Słowenii. Tak naprawdę jednak na świecie zostało dziś raptem około dziesięciu takich pracowni jak nasza — mówi Maciej Kielman.

Więcej kopyt

Kopyta z prawej, kopyta z lewej, kopyta w górze, kopyta na ziemi. Zaplecze salonu Kielmana wygląda niczym mała pracownia rzeźbiarska. Produkcja kopyta, czyli drewnianego odwzorowania zmierzonej stopy klienta, to klucz do sukcesu w ręcznym szyciu obuwia.

— Kopyt byłoby tu pewnie zdecydowanie więcej. Salon też byłby większy, gdyby nie problemy ze zwiększeniem naszego metrażu przy Chmielnej i z ograniczonymi możliwościami wytwórczymi wynikającymi z dość małej liczby dobrej klasy rzemieślników — mówi Maciej Kielman

Firma Jan Kielman i Syn zatrudnia piętnaście osób, z których sześć to najwyższej klasy szewcy (są też dwaj praktykanci, w tym jeden ogromy talent z Ukrainy).

— Każdy z nich nie uszyje więcej niż dwie lub trzy pary butów tygodniowo, więc miesięcznie około 60 par to maksimum naszych możliwości. Przy średniej cenie około 2 tys. zł za parę daje to szacunkowy obraz obrotów firmy. Straty notujemy tylko w razie błędu w miarze i wynikającej z tego konieczności ponownego realizowania zamówienia. Sporadycznie zdarzają się uszkodzenia skóry, które tylko nieznacznie wpływają na ogólny bilans — opowiada Maciej Kielman.

Do wyboru, do koloru

Jak się zamawia buty u Kielmana?

— Lubię kiedy klient chce się zaangażować w tworzenie swojego obuwia. Chce coś zmienić, dodać do podstawowych wzorów — przekonuje Maciej Kielman.

Na buty po zamówieniu czeka się miesiąc. Można wybrać każdy kolor, a także zamówić buty autorskie — jakich nie ma i mieć nie będzie nikt.

— Oprócz obuwia wizytowego robimy także coraz więcej butów sportowych, jeździeckich czy do gry w golfa. Tego oczekują od nas klienci. Ile wytrzymują? Kto ma, ten wie. Nie dajemy gwarancji, żadnych papierków. Chodzę w swoich 12 lat i tylko zelówki zmieniam — ucina Maciej Kielman.

Na ręcznie przygotowane obuwie od Kielmana trzeba wydać co najmniej 1,8 tys. zł.

— Dwadzieścia parę lat temu za parę braliśmy 25-50 dolarów. Klientem mógł być zatem każdy obcokrajowiec przechodzący obok naszego salonu. Dziś czasy się zmieniły, ale wciąż jesteśmy trzy lub cztery razy tańsi od Londynu czy Wiednia — opowiada Maciej Kielman.

Zaczerwienił się

Pracownia Kielman i Syn trafiła do almanachu najbardziej ekskluzywnych miejsc w Europie — Europe’s Elite 1000. Obcokrajowcy to mniej więcej 30 proc. klientów firmy. Obcokrajowcy też wiele razy chcieli już przejąć warszawski biznes.

— Ostatnio, gdy dostałem taką propozycję ze Stanów Zjednoczonych, aż się zaczerwieniłem, kiedy usłyszałem w słuchawce proponowaną kwotę. Odmówiłem. Rozmówca upraszał, bym chociaż odsprzedał licencję na markę — uśmiecha się Maciej Kielman i zapewnia, że rodzina nie zamierza pozbywać się swojej pasji (żyły złota zresztą też).

— W końcu mam trzech synów. Może któryś z nich będzie chciał, tak jak ja kiedyś, przyuczyć się do roli strażnika rodzinnego biznesu. Mam już zresztą swojego faworyta — dodaje.

Maciej Kielman nim przejął firmę od swoich rodziców dwa lata przyuczał się do zawodu. Mimo że nie jest i nigdy nie był szewcem, musiał nawet zrobić buty. Przyuczanie syna pewnie będzie wyglądało tak samo.

U Kielmanów wszystko wygląda tak samo. Od XIX wieku. I to właśnie w tej firmie najbardziej pociąga.

Rodem z Łomży

Jan Kielman przyjechał do Warszawy jako 18-latek z Guberni Łomżyńskiej w 1881 r. Dwa lata później otworzył warsztat obuwniczy przy Chmielnej. Wkrótce ożenił się z bogatą panną z rzemieślniczej rodziny Doleyów, a ślubny posag włożył w rozwój pracowni, która szybko stała się dobrze prosperującą firmę. Syn Jana, Wacław, po zdobyciu tytułu mistrzowskiego, tuż po zakończeniu I wojny przystąpił do spółki z ojcem. Wśród klientów z tamtego okresu byli m.in. Jan Kiepura czy Adolf Dymsza. Warsztat działał także w czasie II wojny. Zmiany polityczne w 1989 r. przyniosły szansę na powrót Kielmanów do świetności. W 1993 r. do spółki przystąpił przedstawiciel czwartego pokolenia, Maciej.

Jakość nie ilość

20 proc. klientów Kielmana stanowią kobiety. Dlaczego?

— Po prostu nasze buty są bardzo klasyczne. I — jak na kobiece, które zwykle są robione z cienkiej skórki — dość ciężkie. Że da się je nosić udowodniła Hanka Bielicka, którą mama przyprowadziła do nas, gdy miała 16 lat i od tego czasu, kupowała buty tylko u nas — mówi Maciej Kielman.

Lobb nad Lobby

Za najbardziej luksusowe obuwie na świecie uznawane są buty od Johna Lobba. Zakład w Londynie wciąż należy do spadkobierców założyciela firmy. Buty od Lobba nosi brytyjska rodzina królewska. Według najnowszego cennika niektóre modele potrafią kosztować ponad 20 tys. zł. Ich koledzy po fachu to także Berluti (Włochy) i Pierre Corthay (Francja).

Drogi krokodyl

Najdroższe na świecie są buty ze skóry aligatora. Najlepsze gatunkowo należą do krokodyla różańcowego, aligatora amerykańskiego czy krokodyla nilowego. Od strony brzusznej w skórze tych gatunków jest niewiele płytek kostnych i można ją wypolerować na wysoki połysk. Krokodyle rosną w niewoli dużo szybciej niż na wolności i na ogół są zabijane między pierwszym a trzecim rokiem życia. Wtedy ich skóry są wyższej jakości i można za nie uzyskać korzystniejsze ceny. Cenna skóra aligatora może przynieść także spory zarobek na czarnym rynku. Z racji tego, że kłusownictwo jest całkowicie zabronione przez prawo (aligatory są pod ochroną), kłusownicy często zabiją nawet 20 zwierząt w ciągu wieczora.