Akcje zdrożały, ale podaż miała ostatnie słowo

Włodzimierz Uniszewski
opublikowano: 2007-11-30 00:00

Po środowym, fenomenalnym wzroście amerykańskich indeksów atak popytu na otwarciu warszawskich notowań był przesądzony. Kwestią otwartą była jedynie skala wzrostu. Pokaźna, wynosząca 50 pkt luka hossy na indeksie WIG20 przypieczętowała poranną hegemonię byków. Kupujący nie wybrzydzali i niemal 80 proc. spółek świeciło na zielono.

Szybko jednak na tym pięknym obrazie pojawiły się skazy. Obroty nie zachwycały, a żadna z największych firm nie chciała przyjąć roli lokomotywy ciągnącej indeks. W czołówce WIG20 brylowały więc spółki o mniejszej kapitalizacji, takie jak Cersanit czy Polimex. Brak zainteresowania największymi blue chipami świadczył o nieobecności poważniejszego kapitału i budził wątpliwości co do jakości i trwałości wzrostów.

WIG20 na dobre rozgościł się poniżej poziomu 3600 pkt i do końca sesji nie udało mu się go naruszyć. Trzeba jednak pamiętać, że w środę pokonał dystans aż 100 pkt od sesyjnego dołka do poziomu zamknięcia. Dodatkowym hamulcem były notowania amerykańskich kontraktów indeksowych. Sugerowały korektę na początku sesji. W rezultacie warszawskie wskaźniki koniunktury stopniowo oddalały się od dziennego maksimum, schodząc coraz niżej.

Spadkowe otwarcie notowań za oceanem ściągnęło indeksy GPW na poziom otwarcia. Amerykańscy inwestorzy odreagowywali dwie sesje wzrostów, a spadkom pomagały negatywne informacje z wielkiej sieci detalicznej Sears. Także drożejąca po wybuchu ropociągu w USA ropa zniechęcała do zakupów. Akcjom szkodziła również rewizja w górę amerykańskiego PKB z III kwartału, gdyż taki odczyt zmniejszał prawdopodobieństwo dalszej redukcji stóp procentowych przez Rezerwę Federalną.

Ostatnie słowo na GPW należało zatem do sprzedających, a z wynoszącego początkowo 2 proc. wzrostu WIG20 ocalała zaledwie jego dziesiąta część. Lepiej poradziły sobie mniejsze spółki, których indeksy zakończyły dzień, rosnąc po 1 proc. To dzięki nim udało się ocalić pozytywny bilans papierów drożejących i taniejących. Tych pierwszych było dwukrotnie więcej niż drugich.

Włodzimierz Uniszewski