W środę w USA zaskoczenia nie było. Alan Greenspan, szef Fed, powiedział dokładnie to, co chciał usłyszeć zarówno amerykański inwestor z obozu byków, jak i każdy zwolennik reelekcji prezydenta Busha. Zapowiedział, że ostatni rok był łącznikiem „między okresem spowolnionego wzrostu a dynamicznej ekspansji”. Ta ekspansja ma przynieść w bieżącym roku wzrost PKB o 4,5 do 5,0 proc. (nie słyszałem, by szef Fed był taki dokładny). Liczba miejsc pracy ma wzrastać lawinowo. Tak musiałoby być, gdyby prognozy Białego Domu miały się sprawdzić — Greenspan powiedział, że to nie jest wcale nieprawdopodobne. Można by obawiać się, że tak szybki rozwój zmusi bank do podniesienia stóp, ale nie: inwestorzy dowiedzieli się, że zagrożenia inflacją nie ma, a stopy jeszcze długo pozostaną na niezmienionym poziomie. Jeśli będzie problem z deficytem budżetowym, to być może trzeba będzie je kiedyś podnieść. Poza tym słaby dolar pomaga w zmniejszeniu deficytu obrotów bieżących, co jest korzystne dla USA. Jednym słowem bajka, nie gospodarka.
Obawiam się, że szef Fed nieco się zagalopował chwaląc osiągnięcia obecnej administracji. Wynik po wygłoszeniu tej laurki był jednak łatwy do przewidzenia: mocny spadek rentowności obligacji, mocny spadek wartości dolara i wzrost indeksów giełdowych. Indeksom pomagała również informacja, że Comcast chce przejąć Disneya. Na NYSE szczyty zostały przełamane i, co bardzo istotne, znacznie wzrósł wolumen. Byki pokazały, że rynek nadal jest w hossie. Wczoraj zanosiło się na małą korektę, ale nastroje były nadal pozytywne.
W Eurolandzie sytuacja była jasna. Po „efekcie Greenspana” w Stanach rynki zaczęły od wzrostów, ale nie były one duże, bo silne euro inwestorów nieco denerwowało. Poza tym inwestorzy czekali na dane z USA i na reakcję inwestorów amerykańskich. I słusznie, że czekali, bo dane były niejednoznaczne, a te z rynku pracy wręcz słabe. Od tego momentu indeksy zaczęły się lekko osuwać, ale nie można było oczekiwać dużych ruchów. Dzisiaj handel będzie też spokojny. W poniedziałek nie ma sesji w USA (urodziny Waszyngtona), co powinno dziś osłabić aktywność Amerykanów. Dane makro powinny jakiś wpływ wywrzeć, ale nie oczekiwałbym wiele. Bilans handlowy USA wpłynie wyłącznie na rynek walutowy. Wstępne dane o lutowym indeksie nastroju Uniwersytetu Michigan zostaną odebrane raczej obojętnie. Zapowiadany jest spadek, więc nie będzie zaskoczeniem, a wzrost też nie powinien wywoływać euforii. Wydaje się, że sesja powinna być bardzo spokojna, o ile nie zawiódł raport kwartalny Della.
Nasza giełda była wczoraj bardzo niepewna, a sesja nudna. Obrót (bez BA CA i Prokomu) był mniejszy niż ostatnio. Nie było widać bardzo dużych zleceń, które przeważały na początku tygodnia. Tak mocne ostatnio banki, w przypadku których od dłuższego czasu widać duży i stały popyt, też trochę odpoczywały (ale popyt nadal był duży). Być może nieco hamowało popyt ostrzeżenie, że agencja ratingowa Fitch może obniżyć rating Węgrom. Indeks BUX zachowywał się bardzo nieciekawie i przełamywał wsparcie na linii trendu. Poza tym zachowanie rynków Eurolandu i początek sesji w USA też nie pomagały bykom. Jednak nie doszło do ataku podaży, a indeksy wzrosły.
Rynek nadal jest silny. Zakładam, że bujanie indeksami jest częścią korekty po ostatnich wzrostach. Taki uparty popyt, jak w przypadku banków, zazwyczaj kończy się dużymi wzrostami kursów. A banki to sektor, który powinien prowadzić rynek w prawdziwej hossie. Nie mówię nawet o mniejszych spółkach, bo one są zawsze gotowe do dużych wzrostów. Mamy do czynienia z rynkiem o dużej szerokości. Gdyby nie nasi kochani politycy... Na szczęście wczoraj zamilkli, więc złoty odrobił trochę strat. Poza tym, jak duży kapitał chce rynek rozegrać, to politycy nie są w stanie mu przeszkodzić. Sygnału sprzedaży nie ma — czekamy na popyt.