Między powyższą odpowiedzią Ambasady Republiki Cypryjskiej a moim komentarzem nie ma, paradoksalnie, sprzeczności!
Politycy i dyplomaci z założenia trzymają się równie wzniosłego co często pustego prawa międzynarodowego, dziennikarz zaś zwyczajnie opisuje niewygodną rzeczywistość.
Właśnie upłynęło 38 lat od krwawego pęknięcia wyspy — proporcja między częścią progrecką Republiki Cypryjskiej a zajętą przez Turcję wynosi 63:37. Nieuznawana przez świat, samozwańcza „Turecka Republika Cypru Północnego” właśnie zmieniła nazwę na „Turecką Republikę Cypryjską”. Prawnie to oczywiście byt ciągle fikcyjny, za to militarno-demograficzno-gospodarczo — jak najbardziej realny i rosnący w siłę dosłownie z roku na rok.
Koniecznie trzeba przypomnieć zapisy traktatu akcesyjnego z roku 2003, a konkretnie jego cypryjskiego protokołu nr 10. Cała Unia Europejska, w tym m.in. Rzeczpospolita Polska i Republika Cypryjska, zawieszając stosowanie prawa wspólnotowego w północnej części wyspy (o czym przypomina powyżej ambasada) jednocześnie upodmiotowiła nadaniem oficjalnej nazwy „Cypryjską Wspólnotę Turecką”.
I właśnie dlatego nigdy nie zmienię opinii, że w konturze wyspy Cypr na mapach (fakt, nie we fladze, tu się rozpędziłem i serdecznie przepraszam!) część od 38 lat turecka bezwzględnie powinna być jakoś zaznaczana – kreską, cieniem, może paskami.
Nieuznawanie rzeczywistości to życie w świecie fikcji. Rozumiemy, że politycy generalnie tak właśnie mają, ale media — niekoniecznie.