Ekonomista Jason Furman z Harvardu, były doradca prezydenta Baracka Obamy, napisał, że jest to idealny punkt („sweet spot”). Gdyby to rzeczywiście tak się skończyło i gospodarka wyszła z fali inflacyjnej bez recesji, byłby to wielki sukces banku centralnego, administracji i ekonomistów odpowiadających za implementację polityki gospodarczej. Choć to droga pełna tylu wybojów, że ryzyko wywrotki jest notorycznie podwyższone.

Wstępne dane pokazują, że w pierwszym kwartale produkt krajowy brutto Stanów Zjednoczonych wzrósł o 1,1 proc. wobec czwartego kwartału w tzw. ujęciu zannualizowanym (czyli PKB zwiększył się o 0,26 proc., ale gdyby tak rósł przez cały rok, byłoby to 1,1 proc.). Licząc dynamikę tak, jak to robimy w Polsce, czyli odnosząc do analogicznego okresu poprzedniego roku, wzrost wyniósł 1,6 proc. Jest niski, ale to nie jest recesja.
Średnie tempo wzrostu amerykańskiej gospodarki w ostatniej dekadzie wynosiło 2,1 proc. Obecnie gospodarka znajduje się więc w fazie dekoniunktury – mówiąc obrazowo w cyklicznym dołku. To też oznacza, że popyt powoli spada poniżej zdolności wytwórczych gospodarki, co z kolei powinno stopniowo wywierać na ceny presję w dół. Jeżeli bowiem firmy produkują mniej, niż mogą, to oznacza, że mają mniej klientów, niż mogłyby mieć, a to powinno skłaniać je do ostrożniejszej polityki cenowej.
Na razie obniżanie inflacji idzie bardzo powoli, ale proces postępuje. W marcu inflacja ogółem obniżyła się do 5 proc. wobec 9 proc. w szczycie w połowie 2022 r. Inflacja po odjęciu najbardziej zmiennych pozycji cenowych (tzw. średnia obcięta) wyniosła w marcu 6,2 proc. wobec 7,3 proc. w szczycie we wrześniu. Fed, czyli amerykański bank centralny, na pewno chciałby zobaczyć szybsze tempo spadku inflacji. Przy obecnym inflacja wróci do 2 proc. dopiero za dwa lata, a Fed chciałby ją mieć w pełni pod kontrolą szybciej. Dlatego w USA możliwe są jeszcze kolejne podwyżki stóp procentowych. Kierunek jest jednak dobry i bardzo trudne zadanie obniżenia inflacji bez wywoływania recesji wygląda na możliwe do osiągnięcia.
Wszystko wygląda jak chodzenie po linie: po obu stronach ścieżki, po której podąża gospodarka, są duże zagrożenia.
Część ekonomistów wskazuje, że gospodarka z opóźnieniem odczuwa skutki podwyżek i wkrótce zaczną w niej być widoczne zjawiska recesyjne. Banki zacieśniają kryteria kredytowe, firmy stopniowo i powoli redukują inwestycje, zmniejsza się liczba wakatów, co może przerodzić się wkrótce w większe zwolnienia. Wskaźniki wyprzedzające koniunktury, które mają sygnalizować ryzyko recesji, znajdują się już na recesyjnych poziomach. Choć – jak pisałem już dawniej – trzeba pamiętać, że struktura gospodarki szybko się zmienia i wskaźniki wyprzedzające z przeszłości dziś nie muszą mieć tych samych właściwości ostrzegawczych, co kiedyś.
Jednocześnie inni ekonomiści przekonują, że popyt w gospodarce wciąż jest za wysoki i uniemożliwi obniżenie inflacji. Zatrudnienie i wynagrodzenia wciąż rosną, co oznacza, że firmy nie boją się o klientów, przychody i możliwości podnoszenia cen. Konsumpcja ostatnio wręcz przyspieszyła (spowolnienie wynika w dużej mierze z redukcji dynamiki inwestycji). Pojawia się argument, że o ile zejście inflacji z niemal 10 do 5 proc. było łatwe z powodu spadku cen energii, to zejście z 5 do 2 proc. będzie już bardzo trudne i niemożliwe do osiągnięcia bez recesji.
Zagrożenia zawsze są. Na razie jednak największa gospodarka świata jedzie bezrecesyjną ścieżką powolnej dezinflacji. I możemy mieć nadzieję, że utrzyma się na tej ścieżce przez co najmniej rok.
