Apetyt na większy rozmiar

Karol Jedliński
opublikowano: 03-01-2007, 00:00

Marzą im się wysokie loty. Na razie atakują wyższe cenowo półki salonów z bielizną.

Spółka z Biłgoraja jest pierwszym w tym roku debiutantem na GPW. Mewa ma kilkadziesiąt lat tradycji, ale na początku lat. 90. dla wielu była wymierającym mamutem biznesowym, strusiem nielotem z czasów PRL. Nie dość, że przetrzymała trudny okres, to jeszcze rozwija skrzydła. Nawet za cenę drastycznych posunięć.

— Udział bielizny pod marką Mewa w całości sprzedaży sukcesywnie spada. Dlatego mamy świadomość, że w przyszłości być może trzeba będzie tę markę uśpić — przyznaje Dorota Kenicer-Portka, wiceprezes zarządu i jednocześnie dyrektor marketingu i sprzedaży w Mewie.

Nowa odsłona

Za czasów swoich wysokich lotów, w latach 80., Mewa była największym pracodawcą w województwie zamojskim. Zatrudniała ponad 4 tys. osób. Po prywatyzacji i restrukturyzacji nie szyje już pończoch, a średnie zatrudnienie oscyluje wokół 200 osób. W nazwie pozostały co prawda nieco staroświecko brzmiące „Zakłady Dziewiarskie”, ale za to, obok Mewy, pojawiły się nowe marki. Najbardziej przyszłościowo zapowiada się szeleszcząca luksusem Szamé, niedawno kupiona wraz z siecią 31 salonów (w tym sześciu własnych i 25 franczyznowych) w Polsce i na Ukrainie. Szamé kusi wyszukaną bielizną gorseciarską czy wytwornie zdobioną bielizną satynową, raczej z górnej półki. Ceny: biustonosz około 100 zł, satynowa koszula nocna — dwa razy tyle. Anglojęzyczna marka LOOKat oferuje wiele produktów, od piżam po bluzki. Ceny przystępne prawie dla każdego. No i rodzynek w cieście, czyli John Bradley, marka stworzona z myślą o mężczyznach szukających piżam i szlafroków.

Do zakładów w Biłgoraju wraz z rewolucją językową weszła nowa jakość, wzornictwo, tkaniny i sposób dystrybucji. Nie mogło być inaczej, bo takie wymogi postawił rynek, w tym dominujący w Polsce niemiecki Triumph.

— Z jednej strony za Mewą stoi tradycja, z drugiej — duże portfolio marek pozwalające dotrzeć do szerokiego grona klientów — podkreśla Remigiusz Sopel, analityk z IDMSA.

Wschód ponad Zachód

Józef Kiszka, prezes zarządu Mewy i największy akcjonariusz spółki, przyznaje, że nie zadowalają go wyniki finansowe firmy. Od kilku lat sprzedaż nie rośnie, a nawet nieznacznie spada. Zyski też nie oszałamiają.

— Kiedy kilka lat temu zaczynaliśmy porządki w Mewie, nie było atmosfery do rewolucji. Krok po kroku zmienialiśmy mentalność pracowników i wyprowadzaliśmy produkcję na zewnątrz — zaznacza Józef Kiszka.

Prezes ma ofensywne plany. Gdyby nie to, nie decydowałby się przecież na giełdę. A co, jeśli znajdzie się chętny na pakiet kontrolny akcji Mewy?

— Jeśli da dobrą cenę, to nogami się nie będę zapierał — zastrzega Józef Kiszka.

Na razie myśli o rynkach zagranicznych, szczególnie o wschodnich, bo z Zachodu powoli się wycofują. I nie dlatego że nie ma tam chętnych na odzież z Biłgoraja.

Produkcja też niekoniecznie musi odbywać się w zakładach w Biłgoraju. Równie dobrze mogą robić to zakłady w Bangladeszu czy w Indiach albo inni mniejsi krajowi producenci bielizny, tacy jak Alles, Krisline, Gaia czy Samanta.

Braki i pomysły

Może będą nawet jakieś przejęcia?

— Chcemy konsolidować rynek — podkreśla Józef Kiszka.

Analityk IDMSA widzi przed Mewą wielkie możliwości.

— Obszarami działalności wymagającymi dopracowania są: strategia sprzedaży i rozwój działalności handlowej. Profil spółki powinien opierać się na zarządzaniu markami, projektowaniem i siecią handlową, a nie na produkcji — wylicza Remigiusz Sopel.

Jego zdaniem, kraje Dalekiego Wschodu to sprawdzeni i dobrzy dostawcy. A co najważniejsze — tańsi o kilkadziesiąt procent od polskich.

— Rynek wzrośnie w najbliższych latach, więc może znajdzie się tam miejsce dla odświeżonej marki Mewa — dodaje Remigiusz Sopel.

Przestrzeń handlowa w Polsce, w jakiej może się ulokować Mewa, jest niemała. Spółka szacuje wielkość krajowego rynku bielizny na 4-5 mld zł rocznie. Z giełdy uda się zebrać około 11 mln zł, głównie na inwestycje: nowe salony LOOKat, Szamé, na samochody i maszyny.

Przyda się kapitał obrotowy. Inwestować trzeba do ostatniej koszuli. Choćby nocnej.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu