Choć premier Donald Tusk otwarcie mówi, że „miejsce dla energetyki jądrowej się znajdzie, ale w perspektywie odleglejszej niż to planowaliśmy”, choć Jan Krzysztof Bielecki, szef doradców premiera, sygnalizuje, że „jeśli naszym priorytetem jest jak największe obniżenie kosztów wytwarzania energii, to decyzja o budowie elektrowni atomowej mogłaby zostać odłożona”, to prace przy programie jądrowym się toczą.

Wczoraj Ministerstwo Gospodarki przekazało do rządowego zespołu energetycznego projekt Programu Polskiej Energetyki Jądrowej (PPEJ), czyli dokument zawierający analizę ekonomiczną oraz podział zadań pomiędzy instytucje rządowe zaangażowane w program jądrowy.
Program zawiera napięty harmonogram: przewiduje przyjęcie PPEJ przez rząd do końca 2013 r., wybór lokalizacji oraz podpisanie kontraktu na budowę pierwszego bloku do końca 2016 r., a zakończenie budowy pierwszej elektrowni jądrowej na lata 2025–30. O napiętym harmonogramie mówił też ostatnio Aleksander Grad, rzadko zabierający głos prezes PGE EJ1, czyli spółki z grupy PGE odpowiedzialnej za prace nad programem jądrowym. Nawet bardziej napiętym, niż przewiduje to resort gospodarki.
— Uruchomienie pierwszego bloku do końca 2024 r. jest realne, ale harmonogram jest bardzo napięty — ocenił Aleksander Grad.
Nic dziwnego, że komentatorzy widzą tu rozdźwięk.
— Program rozwoju energetyki jądrowej nie ma na razie fundamentów, nie powstały jeszcze regulacje prawne. Na dodatek obecne ceny energii zdecydowanie zniechęcają do inwestycji w moce wytwórcze. Dlatego byłbym ostrożny ze zdecydowanymi zapowiedziami dotyczącymi harmonogramów — ocenia Robert Zajdler, radca prawny z kancelarii prawnej Zajdler Energy Lawyers.
Jego zdaniem, wciąż niejasna jest kwestia finansowania programu jądrowego. — PGE otwarcie domaga się wsparcia państwa i ostrzega, że samo tego nie sfinansuje. A na rynku nie widać inwestorów chętnych do wzięcia udziału w programie jądrowym — uważa Robert Zajdler.