W Polsce nie działa żadna elektrownia atomowa, ale w planowaniu jej budowy kraj jeszcze nigdy nie był tak zaawansowany jak dziś. Wybrana jest już nadmorska lokalizacja, czyli gmina Choczewo, a konsorcjum amerykańskich wykonawców, czyli Westinghouse i Bechtel, prowadzą prace projektowe. Do ostatecznej umowy, obejmującej budowę elektrowni, jeszcze jednak daleko. Niesprecyzowany pozostaje też model finansowania tej wartej ponad 100 mld zł inwestycji.
Wybory parlamentarne z 15 października zmieniły większość parlamentarną, co w polskich realiach oznacza nieuniknione zmiany w ministerstwie i państwowej spółce Polskie Elektrownie Jądrowe (PEJ). Wygląda na to, że nowa większość ma nowy pomysł na model finansowy polskiego atomu. O zmianę będzie jednak trudno.
Inwestor mniejszościowy pożądany
O nowym pomyśle napisała agencja Bloomberg, powołując się na słowa Grzegorza Onichimowskiego, doradcy energetycznego Platformy Obywatelskiej. Uważa on, że budowa elektrowni jądrowej wiąże się z ryzykiem, dlatego jest pożądane, by amerykańscy partnerzy partycypowali finansowo w projekcie i objęli co najmniej 30 proc. udziałów.
Polski rząd, tworzony jeszcze wciąż przez Zjednoczoną Prawicę, w kwestii zaangażowania kapitałowego w atom zmieniał zdanie. Początkowo domagał się, by dostawca technologii był jednocześnie mniejszościowym udziałowcem elektrowni, a państwo miałoby minimum 51 proc. Reakcja Westinghouse’a była na to umiarkowanie entuzjastyczna, ale firma nie mówiła „nie”.
Ostatecznie temat zaangażowania kapitałowego Amerykanów zanikł, a ze strony polskiego rządu można było usłyszeć, że już nie jest to oczekiwane i że to w zasadzie lepiej. Dlaczego lepiej? Nie było to jasne, ale wiadomo też, że z ofertą finansowania dłużnego wyszły amerykańskie państwowe instytucje, m.in. Exim Bank.
Amerykanie udziałów nie chcą
Słowa Grzegorza Onichimowskiego nie przeszły niezauważone. Od osób zbliżonych do administracji nadzorującej atom słychać ostrzeżenie, że próby zmiany ustaleń przełożą się na opóźnienia programu atomowego. Z kręgów zbliżonych do PEJ płyną zaś uwagi, że projekt powinien być realizowany w ciszy i w atmosferze kontynuacji.
Amerykańscy konsorcjanci, wywołani do tablicy i zachęceni do wyłożenia pieniędzy na udziały w polskiej elektrowni, nie chcą się wypowiadać. W ich otoczeniu można jednak usłyszeć, że do obejmowania udziałów absolutnie się nie palą. Ich modele biznesowe zakładają koncentrację na podstawowym biznesie, czyli na technologii i paliwie w przypadku Westinghouse’a i budownictwie przemysłowym w przypadku Bechtela. Posiadanie elektrowni i zarabianie pieniędzy na produkcji prądu to dla nich biznes odrębny, w który nigdy nie inwestowali i nie zamierzają.
Słychać też argument, że dług jest tańszy od kapitału, czyli że za kredyt na budowę elektrowni trzeba będzie płacić oczywiście odsetki, ale jej zyskiem nie trzeba będzie się dzielić z innymi akcjonariuszami.
Rządowy plan zakłada, że pierwszy reaktor jądrowy w Choczewie będzie gotowy w 2033 r. Model finansowy ma być oparty na kontrakcie różnicowym, czyli na gwarantowanej cenie energii, którą otrzymywałaby elektrownia, a którą gwarantowałby rząd, dopłacając lub odbierając nadwyżkę w stosunku do ceny rynkowej. Na taki model potrzebna jest zgoda Komisji Europejskiej, z którą polski rząd uruchomił już rozmowy, ale nie ujawnił publicznie widełek cenowych, o których zatwierdzenie się ubiega.

