Historia projektowania i zatwierdzania planu budżetu Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad udowadnia w pigułce, dlaczego w Polsce nie było, nie ma i nie będzie autostrad. Zaczyna się w czerwcu ubiegłego roku, kiedy wyliczono, że wpływy ze środków krajowych, zapisane w dokumencie „Infrastruktura — klucz do rozwoju”, wyniosą ponad 4 mld złotych (głównie z akcyzy i opłat), z czego na drogi i autostrady przeznaczono połowę (ciekawe, co z resztą). We wrześniu założono już niecałe 2,9 mld wpływów, w grudniu — 2,7, w lutym, już tego roku, 2,55 mld, a w marcu (wariantowo), 1,3 mld lub 1,1 mld. Te kolejne przymiarki owocowały zmniejszaniem mocarstwowych planów opasywania naszego kraju siecią autostrad, a nawet remontów dróg już wybudowanych. Jak wieść niesie, GDDKiA przymierza się do kolejnej weryfikacji swojego budżetu i istnieją realne obawy, że po opłaceniu uposażeń urzędników, szczególnie przygotowujących liczne plany: budżetu i sieci autostrad, zostanie pieniędzy tylko na remont parkingu przed siedzibą dyrekcji. Generalnej, oczywiście.
Jest to tym bardziej realne, że niezależnie od planów kolejnego sięgnięcia do naszych kieszeni (to akurat jest bardzo realne), w postaci dopłat do każdego litra paliwa, uzyskane w ten sposób dodatkowe pieniądze i tak zabierze... fiskus. Tyle że innym sposobem. Efekt będzie jednak ten sam: na drogi już nie wystarczy. A przecież trzeba jeszcze opłacić twórców takich odkrywczych haseł jak „Infrastruktura — klucz do rozwoju”. Chyba że te, w czynie społecznym, tworzy sam minister Pol.
Po żmudnych, choć krótkotrwałych i bezkosztowych, analizach wyszło nam, że warunkiem niezbędnym dla stworzenia choćby szansy na budowanie w Polsce autostrad jest... likwidacja tej niezwykle długiej dyrekcji, generalnej oczywiście, która i tak przecież nic nie buduje — bo nie ma za co. A jakby jeszcze zlikwidować Ministerstwo Infrastruktury — szansa byłaby jeszcze większa.