Ale nie ma co wybrzydzać: najważniejsze, że po trzech spadkowych sesjach
wreszcie kontrolę nad sytuację przejęli kupujący. A nie było to łatwe.
Warszawski indeks największych spółek rozpoczął dzień na lekkim plusie, jednak w
ciągu trzydziestu minut od otwarcia spadł do poziomu ze środy. Potem jednak było
już lepiej, a inwestorzy zaczęli podbierać tanie akcje. Wszystko to działo się
przy niezbyt korzystnym klimacie dla akcji panującym w Europie Zachodniej, gdzie
indeksy traciły na wartości. To m.in. skutek słabych wyników banku Credit
Suisse, który w pierwszym kwartale stracił 5 mld dol.
Bardzo zróżnicowane
dane nadeszły z USA. Najpierw przyszły te dobre o spadku liczby bezrobotnych,
jednak potem pojawiły się najgorsze od 17 lat dane o sprzedaży nowych domów i
doprowadziły do wyprzedaży akcji na Wall Street, co obniżyło również notowania
europejskich spółek. Spadły ceny surowców, co dodatkowo uderzyło w spółki
naftowe i górnicze Potem było znów lepiej: bank Merrill Lynch podał, że
chce wypłacić dywidendę na planowanym wcześniej poziomie, co inwestorzy
odczytali jako dowód normowania się sytuacji w branży bankowej. I sesje w USA
zakończyły się nad kreską.
Czy czwartkowa pobudka popytu była tylko
jednodniowym fajerwerkiem, po którym rynek wróci do spadków? Niestety wciąż nie
można tego wykluczyć, choć fakt, że kupujący budzą się ze snu, gdy indeksy
zbliżają się do styczniowych dołków zwiększa szansę na to, że zostaną one
obronione.
Krzysztof Barembruch, AZ Finanse