Banki mają klientów jak na widelcu

Eugeniusz Twaróg
opublikowano: 2009-03-11 00:00

Mocno pokłuci przez kursowe widełki kredytobiorcy będą musieli pocierpieć. Nie mają wyjścia. Ani UOKiK, ani KNF nie pomogą.

Zyski ze spreadów walutowych sięgają nawet 800 mln zł

Mocno pokłuci przez kursowe widełki kredytobiorcy będą musieli pocierpieć. Nie mają wyjścia. Ani UOKiK, ani KNF nie pomogą.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, zgodnie z zapowiedziami zabrał się za spready walutowe i od początku roku przegląda wzory umów kredytowych. Są już pierwsze efekty. Małgorzata Krasnodębska-Tomkiel, prezes UOKiK zapowiedziała wczoraj skierowanie pozwu przeciwko bankowi, który w niejasny sposób wyjaśniał klientowi w jaki sposób ustala kursy wypłaty (czyli kupna) i spłaty (sprzedaży) kredytu walutowego. Brzmi nieźle, ale niewiele z tych działań wyniknie. Przynajmniej dla kredytobiorców, którzy skarżą się na wysokość spreadów.

Pozew (jeśli do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w ogóle trafi, bo urząd jeszcze rozmawia z bankiem) może spowodować jedynie, że podejrzany zapis umowy trafi na listę klauzul zakazanych, co oznacza, że nikt na rynku nie będzie mógł już ich stosować. Tyle.

Na spready nie będzie to miało żadnego przełożenia. Urząd nie bada czy kurs jest taki czy inny i dlaczego, lecz sprawdza, czy kredytobiorca jest we właściwy sposób informowany, co to jest spread i jaki ma wpływ na kredyt. Gdy uzna, że banki nie informują właściwie klientów, najpierw każe im poprawić niejasności, a gdy napomnienie nie przyniesie skutku, wtedy sprawa idzie do sądu. Dalszą procedurę już znamy.

— Nie zajmujemy się wysokością kursów walut w bankach. Nie jesteśmy urzędem kontroli cen — zastrzega Małgorzata Cieloch, rzecznik UOKiK.

To samo mówi Komisja Nadzoru Finansowego — nie mamy możliwości ręcznego korygowania kursów. KNF zapewnia natomiast, że cały czas trzyma rękę na pulsie i sprawdza, czy któryś z banków nie próbuje manipulować spreadem, żeby dodatkowo zarobić na kliencie. Podobno do tej pory, poza jednym przypadkiem, nic takiego się nie zdarzyło. Przyłapany na gorącym uczynku bank szybko przeprosił i przestał zawyżać kursy walut.

Zarabiają nowe kredyty

Grają, czy nie, spready są dla sektora bankowego poważnym źródłem dochodów. Marek Juraś, szef działu analiz DM BZ WBK, szacuje, że w ubiegłym roku, na różnicach kursów branża zarobiła około 700-800 mln zł. Chodzi tylko o nowe kredyty. Zresztą, w gruncie rzeczy tylko na nich banki mogą osiągnąć przyzwoite przychody. Na "starym" portfelu kredytowym kokosów zbić się nie da. Andrzej Powierża, analityk DM Banku Handlowego, przyjrzał się, jak cztery giełdowe banki zarabiały na wymianie walut do końca trzeciego kwartału 2008 r., czyli do momentu, od którego akcja kredytowa została praktycznie wyhamowana.

Według wstępnych szacunków, najwięcej ze spreadów wydusił PKO BP — 103 mln zł, z tego 89 mln zł z tytułu nowej produkcji. Niemało, ale w skali detalicznego giganta, przychody z wymiany walut, choć ważne, stanowiły tylko 1,5 proc. wpływów (w tym 1,3 proc. zapewniły nowe kredyty). W przypadku Kredyt Banku spready przyniosły już 6 proc. przychodów (5,6 proc. z nowej produkcji), a Millennium aż 6,3 proc. (5,5 proc.). W BRE Banku było to 4,7 proc. (4,2 proc.)

— Wpływy z tytułu różnic kursowych nie wynikają z jakiegoś dramatycznego poszerzenia spreadów, lecz generowane są przez sprzedaż nowych kredytów. Wraz ze spadkiem akcji kredytowej, spadną też dochody z tego źródła — mówi Andrzej Powierża.

600 mln zł mniej

Marek Juraś szacuje, że z tytułu wymiany walut na nowych kredytach w tym roku banki zarobią co najwyżej 200 mln zł. Czy w związku z tym nie pojawi się pokusa, żeby więcej wycisnąć z udzielonych już kredytów i jeszcze bardziej poszerzyć spready?

— Istnieje taka możliwość. Rok-dwa lata temu żaden bank nie odważyłby się na taki krok. Wówczas branża ostro konkurowała o klientów i rozwarcie spreadów było małe, a kursy atrakcyjne. Obecnie, gdy przychody z innych źródeł spadają, banki mogą wykorzystać różnice kursów do zwiększenia przychodów. Kredytobiorcom się to nie podoba, lecz niewiele mogą na to poradzić. Dzisiaj możliwości przewalutowania, czy refinansowania kredytu są mocno ograniczone więc ryzyko dla banków, że stracą klientów jest niewielkie — mówi Marek Juraś.

Łukasz Balda, prezes Dom Banku: Z kursami walut jest jak z gazem

1"Puls Biznesu": Dlaczego spread w Dom Banku jest najwyższy na rynku.

Łukasza Balda, prezesa Dom Banku: Z kursami walut jest jak z cenami gazu. Gdy na rynku idą w górę, odbiorca końcowy też płaci wyższe rachunki. Dom Bank nie posiada depozytów we frankach i kupuje je na rynku. O ile pół roku temu CIRS-y na CHF kosztowały kilka punktów procentowych powyżej stawki LIBOR, to obecnie na rynku są oferty nawet po 200 pkt baz. i więcej. To przekłada się bezpośrednio na wysokość spreadu.

2W innych bankach widełki kursowe nie rozjechały się tak szeroko jak u was.

— Znowu odwołam się do analogii z gazem. Polska płaci za niego więcej niż np. Białoruś. My nie posiadamy ratingu inwestycyjnego, jak inne banki i w konsekwencji ponosimy wyższe koszty uzyskania pieniądza niż inne banki, należące do zagranicznych grup kapitałowych. Zawsze tak było, nawet w lepszych czasach. To była jedna z cech Dom Banku. Przy wysokich spreadach oferowaliśmy klientom inne korzyści.

3Odliczając koszty ryzyka, ile bank zarabia na spreadach?

— To jest jak z każdą inną pozycją przychodową: raz na niej wychodzimy dobrze, raz nie. Muszę podkreślić, że nigdy nie zmieniamy kursów w terminach spłat. Przez cały miesiąc jest on ustalany według tych samych zasad. Dodatkowo, w ciągu trzech dni pod koniec miesiąca, kiedy wypada termin spłaty, zamrażamy kurs. Niezależnie od sytuacji rynkowej. Zdarzyło się, że przy dynamicznych zmianach kurs złotego osłabił się w tym czasie o 10 proc. i bank brał na siebie ten dodatkowy koszt.

Eugeniusz

Twaróg