Zaczynają się pierwsze obniżki prognoz wzrostu gospodarczego w tym roku. Na razie są one bardzo ostrożne, jeszcze nikt nie powiedział otwarcie, że możemy znaleźć się w recesji. Z jednej strony taka jest natura prognoz — dość wolno dostosowują się do szybko zmieniającej się rzeczywistości. Z drugiej — wciąż nie ma przekonujących argumentów, że wstrząs wojenny może być recesyjny. Dwie rzeczy są jasne: inflacja i duża niepewność.

Na razie banki obniżają prognozę wzrostu PKB na ten rok średnio o 0,5-1 pkt proc. Na przykład mBank zrewidował prognozę z 4 do 3,1 proc., Santander Bank z 4,7 do 3,5 proc., Morgan Stanley z 4,5 do 4,2 proc., Goldman Sachs z 5,9 do 5,5 proc. Prognozy zatem są wciąż dość dobre. Może wydawać się to dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że potężny wzrost cen surowców, braki materiałów i blokady w eksporcie mogą wkrótce mocno uderzyć w aktywność gospodarczą, ale bilans sił działających na gospodarkę wcale nie jest oczywisty.
Wstrząsy uderzające we wzrost gospodarczy zidentyfikować jest bardzo łatwo. Najbardziej widoczne są trzy. Pierwszy to wzrost cen surowców, który przełoży się na wyższą inflację, niższe dochody ludności i niższy popyt. Ceny ropy np. od początku roku wzrosły już o niemal 40 proc., a w przeliczeniu na złotego o niemal 60 proc. Tylko to dodaje do inflacji 1 pkt proc. i tyle samo odejmuje z dynamiki dochodów ludności, a przecież zdrożeją jeszcze inne surowce oraz prawdopodobnie żywność. Drugim wstrząsem uderzającym w gospodarkę jest zablokowanie produkcji w niektórych branżach (np. motoryzacyjnej) z powodu braku dostaw niektórych komponentów. Wreszcie trzecim wstrząsem jest niepewność, która przełoży się negatywnie na inwestycje. Ryzyko prowadzenia działalności gospodarczej istotnie wzrosło, więc niektóre firmy mogą ograniczyć plany rozwojowe.
Jednocześnie jest kilka czynników, które będą działały jak poduszka bezpieczeństwa, chroniąca gospodarkę przed twardym lądowaniem. W wielu miejscach świata spowolniony zostanie proces podnoszenia stóp procentowych. Dotyczy to szczególnie strefy euro (Polski raczej nie, bo mamy problem ze słabnącym złotym). Co więcej — w Europie rozluźnieniu może ulec polityka fiskalna. Więcej będzie wydatków na obronność czy bezpieczeństwo, większa będzie też skłonność społeczeństw i rządów do akceptacji wyższej inflacji i tym samym niskich realnych stóp procentowych. Podejrzewam, że wstrząs psychologiczny będzie na Zachodzie krótkotrwały, a większość firm będzie kontynuowała plany rozwojowe bez większych zmian. Popyt zagraniczny na polskie towary powinien rosnąć, a słaby złoty może go wspierać.
Bilans tych czynników jest bardzo niepewny i zależy od tego, jak długo potrwa wojna. Moje założenie dziś jest takie, że wszelkie blokady gospodarcze z nią związane potrwają długo — należy je traktować jako stały element rzeczywistości. Gospodarka na pewno się do nich zaadaptuje i nauczy działać w nowych warunkach, ale przejściowo czeka nas wyraźne spowolnienie. Dlatego zakładam, że prognozy znajdujące się bliżej 3 proc. na ten rok są bliższe rzeczywistości niż znajdujące się bliżej 4-5 proc.