Outsourcing — obce słowo, za którym kryje się bardzo swojska treść: cięcie kosztów. Gdzie się da.
Parcie na cięcie kosztów w instytucjach finansowych nie jest wcale mniejsze niż w „tradycyjnych” firmach, np. produkcyjnych. Moda na outsourcing przyszła do nich wraz z zagranicznymi inwestorami. Regułą stało się, że po dwóch latach od wejścia zachodniego partnera, koszty stałe spadały o 20-30 proc. Głównie jest to zasługa zmiany nastawienia do korzystania z firm zewnętrznych.
Bankowcy przyznają jednak, że wymagało to od nich bardzo dużo pracy, ponieważ rodzime instytucje bardzo rzadko korzystały z tego typu usług żyjąc w błędnym mniemaniu, iż ich strategiczny charakter wyklucza jakąkolwiek współpracę.
Zagraniczni inwestorzy nie mieli takich obaw. Zarówno w bankach, jak i towarzystwach ubezpieczeniowych oddali zewnętrznym firmom zarządzanie nieruchomościami, informatykę, logistykę, organizację — również merytoryczną — szkoleń czy zarządzanie relacjami z klientami, mediami lub inwestorami giełdowymi.
Gorzej ze sferą stricte finansową, gdzie niewiele firm działających na zasadzie outsourcingu spełnia wszelkie bardzo wysokie wymagania dotyczące bezpieczeństwa i ochrony informacji. O ile samo zarządzanie aktywami jest i będzie domeną specjalistów bankowych, to już używane do niego narzędzia zdobywane są na zasadzie outsourcingu. Np. rozwiązania informatyczne firmy Emax mogą skutecznie wspierać banki w zarządzaniu ryzykiem, analizie relacji z klientami, ale jednocześnie optymalizować wykorzystanie wewnętrznej infrastruktury informatycznej.
Jeżeli już podejmowana jest kwestia zarządzania ryzykiem, coraz częściej działy zajmujące się windykacją należności od klientów są odchudzane, ponieważ o wiele taniej i często skuteczniej windykacją potrafią zająć się wyspecjalizowane firmy.
Jest jednak sfera działalności, która — gdyby nie outsourcing — spowodowałaby drastyczny wzrost kosztów działalności banków, przerzucaniem kosztów na klientów skutkujące ich odpływem, a nawet zastój technologiczny. To branża kartowa.
Zgodnie z kierunkiem rozwoju przyjętym przez dominujące na rynku kart płatniczych organizacje międzynarodowe Visa International i MasterCard Incorporated, dotychczasowe karty płatnicze z paskiem magnetycznym zostaną w najbliższym okresie zastąpione przez karty mikroprocesorowe. Dotyczy to również rynku polskiego, na którym obecnie funkcjonuje blisko 14 mln kart wydanych przez około 40 banków. Obydwie organizacje zgodnie określiły styczeń 2005 r. jako termin, do którego obecne karty wydawane przez banki powinny być wyposażone w mikroprocesor (w przypadku Visa International dotyczy to wszystkich rodzajów kart, a w przypadku MasterCard Incorporated dotyczy to kart Maestro).
Skok technologiczny wiąże się jednak z poważnymi kosztami. Obecnie cena karty z mikroprocesorem wynosi od 1 USD do 2,5 USD w zależności od pojemności i funkcjonalności mikroprocesora.
Obecna sytuacja ekonomiczna skłania polskie banki do szukania nowych obszarów, w ramach których wprowadzą dodatkowe oszczędności. Oszczędności takie mogą na pewno zostać osiągnięte poprzez wydzielenie tych obszarów działalności banków, które nie są związane bezpośrednio z usługami przez nie świadczonymi.
— Na pewno w lepszej sytuacji znajdują się banki, które już wcześniej zdecydowały się na wydawanie kart we współpracy z firmą zewnętrzną. Już teraz ograniczyły one znacznie koszty własnych rozwiązań systemowych i nie stoją obecnie przed trudnymi decyzjami i zadaniami dotyczącymi nowych wymagań technologicznych. Wyspecjalizowana firma zewnętrzna daje możliwość przeprowadzenia migracji kart do środowiska mikroprocesorowego bez konieczności dodatkowych inwestycji i kosztów wynikających z potrzeby jednorazowych zmian systemowych oraz wprowadzania w przyszłości kolejnych — mówi Piotr Wichowski, zastępca dyrektora pionu obsługi banków w PolCardzie.
Jednym z podstawowych zadań, firm zewnętrzne świadczących usługi w zakresie wydawnictwania kart jest stałe dostosowywanie wykorzystywanych systemów i programów do wymagań rynku oraz organizacji międzynarodowych.
Jednak co najważniejsze — koszty takiej współpracy są nieporównywalnie niższe, niż gdyby banki miały same finansować konieczny rozwój technologiczny.