Obrażają ekspertów finansowych, gardzą wiedzą ekonomiczną i każdym, kto zarabia mniej niż oni, puszczają sekslinię przez firmowy intercom — tak Michael Lewis opisał traderów obligacji na Wall Street w czasie prosperity lat 80. W rzeczywistości bankierzy inwestycyjni mają życie pełne stresu i ciężkiej pracy.

Kojarzą się z szelestem wielkich pieniędzy, przeprowadzają wielkie transakcje, a życie wcale ich nie rozpieszcza. Po latach hossy, której szczyt był w 2007 r., w Polsce nastały dla nich ciężkie czasy. Zmiany kapitałowe w państwowych molochach były największymi transakcjami na rynku. Czy koniec prywatyzacji, obwieszczony przez ministra skarbu Włodzimierza Karpińskiego, to cios dla bankowości inwestycyjnej?
— Rynek była napędzany przez spółki skarbu państwa. Teraz pewnie spadnie wartość transakcji w ujęciu rocznym, choć wolumen pozostanie na zbliżonym poziomie. Rynek będzie trudniejszy, bo inwestorzy będą bardziej selektywni. Powstanie jednak większa przestrzeń dla kapitału prywatnego — mówi Tomasz Witczak, wiceprezes UniCredit CAIB.
Skalę rynku, na którym działają bankierzy inwestycyjni, obrazują dane o fuzjach i przejęciach — 12 mld EUR w 363 ubiegłorocznych transakcjach. Bankierzy doradzali też przy 38 transakcjach wartych 0,5 mld EUR na rynku publicznym (to zarówno debiuty giełdowe, jak i emisje akcji spółek notowanych). Ciekawy i perspektywiczny jest dla bankierów inwestycyjnych także rynek obligacji korporacyjnych, który w ostatnich latach rozwija się bardzo dynamicznie, dając coraz więcej zarobić.
Potencjał intelektualny
Krzysztof Walenczak, obecnie dyrektor generalny bankowości inwestycyjnej Société Générale, cztery lata temu — jako wiceminister skarbu — namawiał zagraniczne banki inwestycyjne, by zakładały biura w Polsce. Wtedy pojawiły się w Warszawie biura rekinów światowej finansjery — JP Morgan czy Goldman Sachs.
— Obecność w Polsce i liczba pracowników były wśród kryteriów wyboru banku inwestycyjnego do usługi doradzania przy transakcjach ministerstwa skarbu. Skala rynku M&A w Polsce nie uzasadnia tworzenia biura. Teraz koszty zatrudnienia pracowników bankowości inwestycyjnej pokrywają przychody centrów usług — mówi jeden z prominentnych bankierów inwestycyjnych.
Krzysztof Walenczak, broni jednak inicjatywy sprzed czterech lat. Dzięki niej powstało nie tylko kilka biur bankowości inwestycyjnej, ale też centrów kompetencyjnych, zatrudniających setki osób — mają je UBS, Credit Suisse, JP Morgan czy też fundusz State Street.
— Polska ma bardzo dobrze wykształconych, stosunkowo tanich pracowników. Przyciąganie firm zainteresowanych wykorzystaniem tego kapitału jest korzystne dla kraju. Powstawanie centrów kompetencyjnych nie tylko zwiększa liczbę miejsc pracy, ale tworzy podwaliny trwałego rozwoju. Pracownicy zdobywają doświadczenie, które mogą potem wykorzystać w Polsce. Otwierają też sobie drogę do awansu w strukturach międzynarodowych. Są fundamentem klasy średniej, zwiększają dobrobyt kraju — mówi Krzysztof Walenczak.
Nowa era
Zmienia się obraz bankowości inwestycyjnej w Polsce — biura Credit Suisse czy ING ograniczają działalność, a BRE Bank rozbudowuje struktury o dział investment banking.
— Myślimy o bankowości inwestycyjnej jako dopełnieniu oferty banku, a nie samodzielnej jednostce. Chcemy zaoferować klientom korporacyjnym komplet usług. Znamy ich, ponieważ od lat mają u nas konta. Jeśli myślą o zmianach czy rozwoju firm, pomożemy im w pozyskaniu partnera, wyborze najlepszej formy finansowania albo przejęciu innej spółki — mówi Karol Bach, prezes mCorporate Finance, spółki zależnej mBanku zajmującej się bankowością inwestycyjną.
Zmienia się też obraz bankiera inwestycyjnego.
— 20 lat temu wysiadało się z tramwaju i wskakiwało do bankowości inwestycyjnej. Teraz trafiają tu tylko najlepsi z najlepszych, osoby wykształcone na zagranicznych uczelniach lub z doświadczeniem w międzynarodowych instytucjach finansowych. Ta profesja rządzi się globalnymi standardami, a w Polsce nie wszystkiego można się nauczyć — mówi Krzysztof Walenczak.
Przystojniak z grubym portfelem
Rezydujący w Warszawie bankierzy inwestycyjni to w większości przystojni samce alfa. Skończyli najlepsze szkoły, mają po kilka dyplomów, staże zaczęli już na studiach. Muszą być dobrzy w matematyce, superbystrzy, inteligentni emocjonalnie, a do tego mieć stalowe nerwy. W końcu to bankier inwestycyjny musi spiąć transakcję wartą miliony, uporać się z chimerycznymi prezesami i właścicielami firm, gasząc po drodze tysiąc pożarów. Świat bankowości inwestycyjnej dzieli się na: „przed” i „po” kryzysie Lehman Brothers. Zarobki już nie te, na ręce patrzą bardziej, no i od niedawna korporacje zakazują pracować w niedzielę.
Początkujący w tej branży pracują po 17 godzin dziennie, a gdy trzeba dopiąć deal, wszyscy siedzą w biurze dniami i nocami. Kuszą zarobki — do 10 tys. zł miesięcznie na początek. Doświadczeni menedżerowie zarabiają w chudych czasach 100-200 tys. zł na miesiąc. Zatrudniające ich instytucje też nie narzekają — bank inwestycyjny pobiera średnio 1 proc. od transakcji, a najwięksi gracze w branży nie schylają się po deale, z których do kasy wpadnie mniej niż 1 mln USD.
— W tej branży każdego wieczoru aktywa wchodzą do windy i jadą do domu — każdy bankier inwestycyjny wnosi do banku swój niepowtarzalny rys — mówi Przemysław Schmidt, wieloletni partner w Trigonie, który w ubiegłym roku postanowił zwolnić tempo i zostawić bankowość inwestycyjną młodszym wilkom.
Pałeczkę przejmują teraz 30-latkowie, którzy sięgają po stanowiska dyrektorów bankowości inwestycyjnej największych banków obecnych w Polsce.
Sojusz skarbu i finansów
Resorty skarbu i finansów pracują właśnie nad systemem selekcji banków inwestycyjnych. Chodzi o wspólną listę kryteriów, których spełnienie będzie warunkowało możliwość realizowania transakcji zarówno z MF, jak i MSP. Przykładowo, aby obsługiwać transakcje spółek skarbu państwa, bank będzie musiał być aktywny na rynku obligacji. I odwrotnie. Ministerialny sojusz ma wzmocnić pozycję państwa dzięki efektowi skali.