Bankierzy odrobili lekcję z Lehmana

Tomasz Siemieniec, Kamil Zatoński
opublikowano: 2011-08-12 00:00

Właściciele i menedżerowie banków twierdzą, że przedsiębiorcy mogą spać spokojnie, bo obecny kryzys nie spustoszy sektora finansowego

Nauka z poprzedniego kryzysu nie poszła w las, a sektor wyszedł z niego wzmocniony — zapewniają bankowcy. Dlatego teraz zgodnym chórem mówią, że zawierucha na rynkach finansowych jest mniej groźna dla branży i — przynajmniej na razie — przedsiębiorcy i klienci indywidualni nie powinni się obawiać zaostrzenia polityki kredytowej.

"Nie przewidujemy ograniczenia akcji kredytowej" — mówi Zbigniew Jagiełło, prezes PKO BP, największego w Polsce kredytodawcy dla firm i osób fizycznych. Jego koledzy z sześciu innych banków (licząc razem z PKO BP, mają 45-proc. udział w rynku kredytów i blisko 40-proc. udział w aktywach sektora) — choć nie bez ostrożności — deklarują, że również nie zamierzają odchodzić od aktywnej polityki kredytowej. Bankom pozwala na to dobra sytuacja kapitałowa i płynnościowa. Wskaźnik wypłacalności sektora (według stanu na koniec czerwca) jest na bezpiecznym poziomie 13,7 proc., a większość banków, nauczona doświadczeniami z okresu zamrożenia rynku międzybankowego po upadku Lehman Brothers, zadbała o kapitały, płynność i wzmocniła bazę depozytową.

Niektórzy bankowcy za największe ryzyko uznają dziś wysoki kurs franka szwajcarskiego, który — jeśli utrzyma się przez dłuższy czas — może pogorszyć jakość portfela kredytów hipotecznych. Na razie wszystko jest pod kontrolą, a według Stanisława Kluzy, szefa Komisji Nadzoru Finansowego (pod swoją pieczą ma także banki), obecnie odsetek zagrożonych kredytów walutowych (w tym "frankowych"), to tylko 1,4 proc., podczas gdy w przypadku kredytów złotowych — 3 proc. W sumie jednak jakość portfela kredytowego pogorszyła się w ostatnich kwartałach, zwłaszcza w przypadku kredytów mieszkaniowych. Według danych KNF, na koniec czerwca wartość przetermi- nowanych kredytów sięgała 94,2 mld zł i była o 8,6 proc. wyższa, niż 3 miesiące wcześniej. W samych kredytach mieszkaniowych pożyczek przetermi-nowanych było już jednak o 23 proc. więcej niż na koniec I kwartału.

Leszek Czarnecki, przewodniczący rady nadzorczej Getin Holding oraz Getin Noble Bank

Obecny kryzys jest trochę podobny do tego z 2008 r.: gwałtowne zmiany, rozchwianie rynków i emocjonalnie podejmowane decyzje inwestycyjne. Najważniejszą różnicą są przyczyny — tym razem to nie błędne decyzje sektora finansowego, ale problemy budżetowe strefy euro i USA. Wynikają one z nieodpowiedzialności zachodnich polityków zadłużających swoje państwa przez kilka dekad. Rynki finansowe w 2008 i 2009 roku dostały uodporniającą szczepionkę, więc reagują spokojniej. Mam nadzieję, że nie dojdzie do "credit crunch", czyli utraty zaufania.

W ciągu ostatnich miesięcy nie wydarzyło się, z punktu widzenia gospodarki, nic fundamentalnie ważnego. Nic, o czym byśmy wcześniej nie wiedzieli. Nie umiem znaleźć racjonalnego wytłumaczenia dla blisko 30-proc. dewaluacji złotego wobec franka w ciągu ostatnich 10 dni. Jedynym wytłumaczeniem jest nagromadzenie się niepokojących lub wręcz złych informacji oraz obaw o przyszłość. Efekt — niekontrolowana panika. Kiedy się skończy? To pytanie do specjalistów od analizowania zachowania tłumu i psychologów. Na razie przypomina mi to rozpędzony peleton kolarzy, który nie jest w stanie się zatrzymać, a liderzy peletonu, chociaż wiedzą, że jadą zdecydowanie za szybko i w złym kierunku, też nie mogą się zatrzymać, bo reszta kolarzy domaga się dalszej jazdy.

Jak na razie kryzys nie przekłada się na polski sektor bankowy, poza przeceną akcji spółek giełdowych, w tym banków. Nie wpływa jednak na bieżącą działalność sektora. Wzrost wartości franka szwajcarskiego, dla banków mających aktywa denominowane w walutach, oznacza konieczność zwiększenia liczby lokat. Natomiast współczynnik wypłacalności pozostaje bez zmian, ponieważ polskie banki podniosły swoje kapitały. Można też zaobserwować niewielkie podwyżki oprocentowania lokat, ale nie wierzę w powtórkę wojny cenowej z 2009 r.

Zmiana na globalnych rynkach nastąpi, gdy znikną przyczyny kryzysu. Ograniczanie deficytów budżetowych poprzez zacieśnianie polityki fiskalnej, wydatkowej czy poprzez inflację będzie trwało wiele lat. Obecne długi narastały latami i latami trzeba będzie je spłacać. Doświadczenia wyniesione z poprzednich krachów giełdowych pokazują, że dno osiągamy, gdy rynek zmęczony złymi informacjami popada w apatię. Wtedy ani dobre, ani złe wiadomości nie powodują już żadnych zmian na giełdzie. Inwestorzy, zamiast analizować firmy i giełdę, zaczynają opowiadać dowcipy. Zatem teraz, zamiast "fuck you", mówmy "frank you".

Piotr Czarnecki, prezes Raiffeisen Bank Polska

Natura obecnych zaburzeń na rynkach jest zupełnie inna od wydarzeń z 2008 r. W centrum uwagi inwestorów stoi teraz przede wszystkim kwestia gigantycznego zadłużenia państw i coraz bardziej pesymistyczne prognozy dotyczące globalnego wzrostu gospodarczego. Przed trzema laty był to brak zaufania do instytucji finansowych po upadku Lehman Brothers z powodu toksycznych aktywów, jakie znajdowały się w ich portfelach. Od tego czasu standing finansowy banków i ubezpieczycieli generalnie się poprawił. Wszyscy zwiększyli kapitały, dbają o utrzymanie bezpiecznych wskaźników płynności. Stress testy wykazują rosnącą odporność banków na pogorszenie warunków makroekonomicznych i rzetelności płatniczej klientów.

Jednak poprawa kondycji sektora finansowego to w dużej mierze zasługa

rządów krajów rozwiniętych, które na dokapitalizowanie i przejęcie złych długów wydały setki miliardów dolarów, co spowodowało rozdmuchanie deficytów budżetowych i wzrost zadłużenia, które teraz wymyka się spod kontroli z powodu nikłego wzrostu gospodarczego. Polska uniknęła tego losu, bowiem rząd nie musiał ani wstrzykiwać kapitału w banki, ani nie wydał dodatkowych środków dla stymulowania gospodarki.

W 2008 r., choć pojawiało się wiele zwiastunów kryzysu, to jednak bankructwo Lehmana i nagłe zamrożenie rynku międzybankowego było zaskoczeniem dla wszystkich. Od tego czasu bankowcy są świadomi, że rzeczywistość rynkowa jest dużo bardziej nieprzewidywalna i zmienna, więc biznes prowadzą ostrożniej. Zwłaszcza dotyczy to naszego rynku — banki dążą do utrzymania bezpiecznej struktury finansowania opartej na depozytach klientów, nie inwestują w ryzykowne aktywa, skrupulatnie badają zdolność kredytową klientów. Wypracowane zostały mechanizmy, które pomogłyby uporać się z kryzysem, gdyby ten rzeczywiście nas dotknął.

Dla polskich banków obecna sytuacja jest dużo mniej groźna również z tego powodu, że złoty trzyma się mocno, a inwestorzy nie uciekają z naszego regionu jak w 2008 r. Znacząco umocnił się jedynie frank. Europa Środkowa, z małymi wyjątkami, jest postrzegana jako miejsce bezpieczne do lokowania środków, co pokazuje wysoki popyt na polskie obligacje.

Zagrożeniem dla naszego sektora byłaby globalna recesja, która odbiłaby się na polskiej gospodarce. Ale ten scenariusz jest do uniknięcia, tylko politycy największych krajów muszą zacząć odpowiedzialnie działać.

Sławomir Sikora, prezes Citi Handlowego

Podłoże dzisiejszych zawirowań na rynkach finansowych jest zdecydowanie inne niż jesienią 2008 r. Tym razem to nie sektor finansowy czy banki są postrzegane jako sprawcy nierównowagi, lecz rządy wielu krajów, które rozdęły wydatki ponad rozsądne granice.

Polska wyróżnia się pozytywnie na tle krajów wysoko zadłużonych i niestabilnych, co — niestety — nie gwarantuje nam spokoju. Nasza gospodarka jest powiązana z rynkiem globalnym, a państwo pożycza u inwestorów zagranicznych, których udział w finansowaniu długu publicznego znacznie się zwiększył w 2010 r.

Najsilniej zareagował rynek akcji, indeksy polskiej giełdy podążyły za spadkami na największych giełdach świata. Osłabił się złoty, choć jeszcze daleko mu do dewaluacji, która nastąpiła na przełomie 2008 i 2009 r.

Co będzie dalej? Polska gospodarka ma silne fundamenty, pokazała odporność na poprzedni kryzys, polskie banki mają wysokie kapitały, a system bankowy jest płynny, firmy mają dobre wyniki i wiedzą jak radzić sobie w trudnych warunkach, perspektywy budżetu są zaś lepsze niż w 2008 r. Ważne jest też to, że Narodowy Bank Polski działa kompetentnie, dając poczucie przewidywalności i pewności. Czy to wystarczy, aby obecne tendencje odwrócić? Obawiam się, że nie, bo kryzys dotknął największe kraje i gospodarki na świecie. Jestem jednak przekonany, że polscy przedsiębiorcy czy indywidualni inwestorzy odczują obecny kryzys łagodniej.

Klucz do poprawy sytuacji leży w rękach polityków. To ich umiejętności zadecydują, jak szybko rynki wrócą do równowagi. O tym czy znaleźli skuteczny lek na obecne bolączki, przekonamy się przed końcem tego roku, ponieważ dynamika dzisiejszych zawirowań jest większa niż kryzysy, które obserwowaliśmy w ostatniej dekadzie.

Zbigniew Jagiełło, prezes PKO Banku Polskiego

Obecne zawirowania rynkowe mają niestety podobną skalę jak po upadku banku Lehman Brothers we wrześniu 2008 r. Niemniej przyczyny są inne. Wtedy mieliśmy do czynienia z kryzysem finansowym, głównie sektora bankowego w USA i Europie, wywołanym przez problemy na amerykańskim rynku nieruchomości. Obecne problemy wynikają przede wszystkim z obaw o perspektywy wzrostu gospodarczego oraz zdolność niektórych państw do obsługi swojego długu publicznego.

W tej chwili raczej nie grozi nam powtórka z sytuacji na rynku międzybankowym sprzed trzech lat, kiedy banki przestały sobie pożyczać pieniądze. Sytuacja sektora bankowego w Polsce jest stabilna. Sektor pozostaje odporny na ewentualne pogorszenie warunków funkcjonowania, na co wskazują także ostatnie stress testy wykonane przez EBA i dotyczące PKO Banku Polskiego. Nie przewidujemy ograniczenia akcji kredytowej, chociaż oczywiście zmienność rynkowa nie pozostanie bez wpływu na rynek kredytów korporacyjnych i indywidualnych.

Ważnym sygnałem dla rynków jest determinacja przywódców światowych, jak i instytucji finansowych do walki z obecnymi problemami. Kluczowy jest wiarygodny plan zarówno dla krajów peryferyjnych strefy euro, jak i dla USA, jak rozwiązać aktualny kryzys zadłużeniowy i przywrócić gospodarkę na ścieżkę wzrostu. Wciąż brakuje jasnych rozwiązań w tym zakresie i między innymi stąd nerwowość na rynkach. Kraje strefy euro i USA muszą udowodnić, że sytuacja jest pod kontrolą. Dopiero wtedy ustabilizuje się sytuacja na rynkach finansowych, w tym walutowym.

Mateusz Morawiecki, prezes BZ WBK

Po komunikacie Fedu mamy poprawę sytuacji na rynku, ale trudno powiedzieć, na ile trwałą. Jak można było oczekiwać, aktywność zwiększył bank centralny Szwajcarii, co również pozwoliło odrobić złotemu nieco strat do franka. W sumie, polski rynek zachowuje się dobrze, ale oczywiście daleko jesteśmy od sytuacji, w której można by powiedzieć, że jesteśmy odporni na zawirowania światowe. Wciąż jesteśmy postrzegani jako kraj rozwijający się, który w takiej sytuacji może doświadczać odpływu kapitału krótkoterminowego. Jak na razie jednak, jest to nieporównywalne zjawisko do tego, z którym mieliśmy do czynienia po upadku Lehman Brothers.

W kontekście sektora bankowego największe ryzyko wydaje się obecnie związane z kursem złotówki wobec franka szwajcarskiego. O ile krótkotrwała słabość złotówki prawdopodobnie nie przełoży się na większą szkodowość portfeli hipotecznych i wyższe rezerwy na złe kredyty w bankach, to kurs powyżej poziomu 4 czy nawet 3.8 utrzymujący się w dłuższym okresie może mieć negatywne konsekwencje. Ponadto, wyższe raty na kredytach hipotecznych mogą też się przełożyć na pogorszenie jakości portfeli gotówkowych czy samochodowych, choć i tutaj trend ten, jeśli w ogóle, pojawi się dopiero po pewnym czasie. Wyższa wartość kredytów hipotecznych i LTV powyżej 80 proc. przełożą się też na wyższe wymogi kapitałowe banków o dużych portfelach kredytów hipotecznych we frankach szwajcarskich, stąd u niektórych pojawi się pewna presja na współczynniki wypłacalności. Banki, które finansują portfele swapami, będą bardziej aktywnie poszukiwać depozytów, stąd możliwe jest nasilenie walki o depozyty, choć na skalę mniejszą niż w 2008 r. Sektor może też odczuć negatywnie mniejszą skłonność konsumentów do wydawania i stąd w dalszej kolejności spadek aktywności oraz inwestycji przedsiębiorstw. W średnim okresie może to wpłynąć negatywnie na tempo wzrostu akcji kredytowej, a pośrednio z powodu niższego wzrostu gospodarczego przełożyć się na gorsze wyniki banków ze względu na presję na marżę odsetkową, niższe prowizje oraz wyższe koszty ryzyka.

Przemysław Gdański, członek zarządu BRE Banku

Obecną sytuację na rynkach cechuje przede wszystkim duża zmienność i niepewność. Spadki indeksów giełdowych oderwały się od fundamentalnej sytuacji wchodzących w ich skład spółek, które — zwłaszcza na warszawskiej giełdzie — notują dobre lub bardzo dobre wyniki finansowe. Wzrost kursu franka szwajcarskiego w stosunku do innych walut (w tym do złotego) jest efektem napędzanego niepewnością poszukiwania tzw. safe heaven. Inwestorzy, kreując sztuczny popyt na szwajcarską walutę, wydają się działać mocno emocjonalnie. Oprócz tradycji i przyzwyczajenia trudno wskazać twarde makroekonomiczne uzasadnienie, dla którego aktywa we frankach szwajcarskich miałyby być w dłuższym okresie gwarancją bezpiecznego zwrotu. Równocześnie gospodarka Szwajcarii, która w rankingu PKB za 2010 rok była tylko o jedną pozycję wyżej niż Polska, cierpi na tak mocnym franku…

Wydaje się, że powodów niepewności i nie do końca racjonalnego zachowania rynków należy szukać… w Stanach Zjednoczonych. W ostatnich tygodniach świat zdał sobie sprawę, że skala zadłużenia wymaga zdecydowanego zaciśnięcia pasa, a to przełoży się na spadek wydatków publicznych, mniejszą konsumpcję wewnętrzną i gorsze perspektywy wzrostu gospodarki amerykańskiej, a w konsekwencji również globalnej.

Podobnie jak w przypadku "polehmanowskiego" kryzysu finansowego, polska gospodarka ma się całkiem dobrze. Patrząc na fundamenty, nie ma powodów do obaw. Wiemy jednak, że nie jesteśmy odizolowani od wydarzeń na światowych rynkach, pewne więc konsekwencje obecnych zawirowań odczujemy. Pogorszyć mogą się perspektywy wzrostu gospodarczego, choć mimo wszystko powinien on się utrzymać na solidnym 3-4-proc. poziomie.

Banki w Polsce spokojnie i racjonalnie podchodzą do rzeczywistości i nie zmieniają aktywnej polityki kredytowej i nastawienia na wzrost. Sytuacja kapitałowa i płynnościowa sektora bankowego jest bardzo solidna i nie rodzi żadnych powodów do obaw. Dla przedsiębiorstw jedną z refleksji z obecnej sytuacji może być powrót do bardziej aktywnego zabezpieczania rodzajów ryzyka finansowego, szczególnie tych związanych ze zmianą kursów walut i cen surowców.

Leszek Niemycki, prezes Deutsche Bank PBC

Niepokój na rynkach finansowych związany z obawami o spowolnienie gospodarki światowej, którego elementem jest m.in. piątkowe obniżenie ratingu długu USA, nie omija również Polski. Przekłada się przede wszystkim na rynek kapitałowy i spadki indeksów giełdowych sięgające od początku miesiąca kilkunastu procent. Także rynek forex i aprecjacja franka budzą obawy. Trzeba jednak podkreślić, że drogi frank urasta nie tylko do problemu polskiego, ale niepokoi większą część inwestorów na świecie. Zobaczymy, czy w najbliższym czasie dojdzie do interwencji walutowej głównych banków centralnych w celu osłabienia franka szwajcarskiego.

W kontekście banków sytuacja jest jednak bardzo dobra, i to zarówno po stronie wynikowej, jak i stabilności rynku międzybankowego. Według danych KNF, zysk netto całego sektora po czerwcu był o ponad 40 proc. lepszy niż rok temu. A na międzybankowym rynku depozytowym panuje spokój i nie ma przesłanek, by sądzić, że mogłaby się powtórzyć sytuacja z jesieni 2008 r. Także globalny sektor bankowy, którego zyski netto według ostatniej analizy Deutsche Bank Research osiągają już poziomy około 2/3 wartości sprzed kryzysu, powrócił do trendu wzrostowego. Nie ma więc problemu w postaci ograniczenia zaufania do banków czy płynności sektora. A to niezwykle ważny element w kontekście całej gospodarki. Stabilny sektor finansowy pełni istotną rolę zarówno w tonowaniu nastrojów, jak i dostarczaniu kapitału pod akcję kredytową i inwestycje.