Basia? Trudno uwierzyć

Maria Trepińska, Jacek Konikowski
opublikowano: 2007-04-27 00:00

Znajomi Barbary Blidy mówią prawie chórem: samobójstwo do niej nie pasuje. A może były dwie Barbary? Druga, nieznana. Inna. Słabsza?

Siemianowicach Śląskich wszyscy wiedzą, gdzie mieszkała Barbara Blida. Piętrowy dom z czerwonej cegły — wybudowany w 1912 r. przez jej dziadka — stoi samotnie tuż przy przejeździe kolejowym. W pobliżu sztampowe blokowiska, więc kierowcy chętnie zerkają w stronę zabytkowej kamienicy. Okna szczelnie zamaskowane. Dobrzy znajomi Barbary Blidy opowiadają, że dom zmodernizowała i urządziła gustownie. Ściany zdobią obrazy, m.in. Jerzego Dudy-Gracza.

— Była stuprocentową Ślązaczką, wyjątkowo przywiązaną do Śląska. Nie tylko mentalnie. Mieszkała w starym familoku po dziadkach, który wyremontowała, ale otoczenia nie zmieniła, nie przeniosła się do „dobrej” dzielnicy. Miała wspaniały temperament. Fantastyczna osoba. Dlaczego targnęła się na życie? Chyba nie mogła znieść myśli, że jej opinia na Śląsku zostałaby zdeptana — mówi Kazimierz Kutz, marszałek Senatu.

Parter zajmowała Barbara z mężem Henrykiem, a piętro — jej starsza siostra, Katarzyna Korzekwa. Blida lubiła ciepło rodzinne. Miała dwoje dzieci, syna i córkę. Doczekała się też dwóch wspaniałych wnuczek.

— Kiedyś była niezłą gimnastyczką artystyczną. Nawet znaną na Śląsku — wspomina poseł Stanisław Żelichowski (PSL).

— Jeździła dobrze na nartach — dorzuca Brygida Morańska, śląska biznesmenka.

Narciarstwo było jej pasją. Jak polityka. Jak biznes. Jak Śląsk. Nie, Śląsk był jej miłością.

Wywodziła się z niezamożnej rodziny. Ojciec, jej mentor, był mistrzem w Zakładach Azotowych w Chorzowie. Studia inżynieryjne ukończyła zaocznie na Politechnice Śląskiej. Karierę zaczynała w siemianowickim Fabudzie.

— 4 grudnia, w Barbórkę, pojawiała się w Sejmie w mundurze górniczym. To dla mnie duża rzecz. Nie ukrywała umiłowania Śląska — mówi poseł Zbigniew Chlebowski (PO).

— Świetnie po śląsku mówiła. I potrafiła znakomicie gotować — dorzuca Zbigniew Zaborowski (SLD).

Eugeniusz Budniok, kanclerz katowickiej loży BCC, poznał Barbarę Blidę ponad 15 lat temu w Warszawie. Potem często się spotykali.

— Baśka miała charyzmę. Nawet niedawno zastanawialiśmy się, czy nie powinna startować na wojewodę. Zawsze w wyborach dostawała co najmniej 60 tys. głosów. O Śląsk potrafiła walczyć. Bywała na różnych imprezach, m.in. piknikach golfowych, by pokazać, że nasz region to nie tylko kopalnie i huty, mamy także wspaniałe miejsca na sport i rekreację. Wspierała akcje charytatywne, rzucało się w oczy jej zaangażowanie. Była otwarta na potrzeby ludzi i miała miękkie serce. Niewykluczone, że inni to jakoś wykorzystywali — sugeruje Budniok.

— Ostatni raz widziałem ją w minioną sobotę, na przyjęciu. Była przygnębiona — dzieli się obserwacją Jerzy Markowski, wieloletni przyjaciel Blidy, były wiceminister przemysłu, senator SLD.

Przyjęcie? 21 kwietnia świętowano w Katowicach jubileusz 90-lecia Jana Mitręgi, byłego PRL-owskiego wicepremiera i ministra górnictwa. Na Śląsku taka rocznica to ważne wydarzenie towarzyskie, poza tym pretekst do spotkań — działacze SLD potrafią dbać o przyjaźnie, wspierają się.

Na oficjalnych spotkaniach ta 58-latka zawsze przyciągała uwagę — nienaganną sylwetką, makijażem i garderobą, dobieraną stosownie do okoliczności. Ot, choćby: każdego roku w czasie uroczystej gali, gdy przedstawiciele Regionalnej Izby Gospodarczej w Katowicach wręczają wybitnym osobowościom życia publicznego nagrody, Barbara Blida pojawiała się w eleganckim czarnym garniturze, białej bluzce i muszce.

— Bardzo kobieca. Ciepła, kulturalna, uśmiechnięta — tak ją pamięta Krzysztof Oksiuta (kiedyś poseł Platformy), który pracował z Blidą w J.W. Construction.

Facet w spódnicy

Miła, ciepła, wesoła — to się stale przewija we wrażeniach. Ktoś powie: po prostu sympatyczna kobieta. Prywatnie — i owszem, ale to fałszywy obraz. Nie była typem słabej kobietki.

— Silna psychicznie. Z charakteru to był, nic jej nie ujmując, babochłop. Niejeden facet przy niej mógł się poczuć jak pensjonarka. Zdecydowana, potrafiąca zajadle walczyć o swoje. Jeżeli wiedziała, że ma rację, nie ustąpiła o krok. Umiała się postawić, iść pod prąd. I walczyć do końca — wspomina Barbarę Blidę Wacław Martyniuk, sekretarz klubu parlamentarnego SLD.

— Tak, to prawda, wesoła i bardzo dowcipna, ale bardzo twarda kobieta. Potrafiła się uśmiechnąć, rozpłakać, ale też użyć brzydkich słów, by podkreślić wagę argumentu. Na pewno niestereotypowa — charakteryzuje ją Zbigniew Zaborowski.

— Kompetentna i pracowita. Bez dwóch zdań. Chciała i umiała zaangażować się w ważne sprawy parlamentarne, zwłaszcza te dotyczące infrastruktury i budownictwa. Twórcza. Twarda w poglądach — mówi Zbigniew Chlebowski.

I nie przeszkadzało — wam, z PO — że była z SLD?

— W żadnym stopniu. Jej partyjna legitymacja i lewicowe sympatie nie wpływały na sposób postrzegania jej ani przeze mnie, ani przez moich kolegów klubowych — dodaje Chlebowski.

— Racjonalistka. W dyskusjach zawsze merytoryczna. Unikała pyskówek, stroniła od demagogii — wspomina Krzysztof Oksiuta.

Różnie jednak z tym bywało.

— Z Baśką Blidą byliśmy zaprzyjaźnieni od dawna. Przyjaźnie w rządzie mają szczególny wymiar, bo — wydawać by się mogło — że tam, gdzie każdy walczy o swoje, na przyjaźń nie ma miejsca. A jednak. Tworzyliśmy jakby paczkę: Basia, ja, Andrzej Zieliński, wicepremier Łuczak. Była naturalna. Nie lubiła gierek i pozerstwa. Nie przepadała za Grzegorzem Kołodką, ministrem finansów. Darła z nim koty. Uważała go za narcyza — mówi Stanisław Żelichowski, były minister — kolega z rządu Cimoszewicza, teraz poseł PSL.

Do dzisiaj wśród parlamentarzystów krąży anegdota, jak to kiedyś zdenerwowana Blida wygarnęła Kołodce: jesteś taki zapatrzony w siebie, że tobie pewnie nawet staje do środka.

Potrafiła zaleźć za skórę, czasem nawet być nieprzyjemna, ale miała w sobie coś, co nie pozwalało się na nią długo boczyć, obrażać czy denerwować.

Kiedy Kołodko w „Strategii dla Polski” nie zgodził się dopisać dodatkowego rozdziału o budownictwie, Blida była niepocieszona.

— Udało mi się namówić wicepremiera, by dopisał do strategii fragment o ekologii. Gdy Basia się o tym dowiedziała, zrobiła na Radzie Ministrów taką awanturę, że Kołodko musiał dodać jeszcze budownictwo — wspomina Żelichowski.

Była posłem czterech kolejnych kadencji, od 1989 do 2005 r. Potem marzyła o fotelu senatora. Plany legły w gruzach. Po starciu z Leszkiem Millerem zrezygnowała z funkcji wiceprzewodniczącej SLD na Śląsku.

— Wielka maskotka całego rządu. Mówiliśmy na nią „budowlaniec”, co ją bardzo śmieszyło, ale też cieszyło, bo rzeczywiście budownictwo było jej konikiem — wspomina Stanisław Żelichowski.

Gdy chciała podkreślić wagę swej sprawy, żartowała, że: „Pan Bóg stworzył świat, resztę wykonali budowlańcy”.

Żegnaj, SLD

Barbara Blida długo pozostawała ikoną lewicy. W wieku 20 lat wstąpiła do PZPR, potem — w szeregi SdRP, w końcu — SLD. Przed trzema laty oddała legitymację, wcześniej odmawiając przyjęcia funkcji wiceprzewodniczącej śląskiego SLD. Politykom miała za złe, że Śląsk traktuje się jak „murzyna, który zrobił swoje, a teraz może odejść”.

— Znaliśmy się z Basią bardzo dobrze, jeszcze z czasów sejmu kontraktowego. Zaangażowała się w działania Socjaldemokracji. Była jej wiceprzewodniczącą na Śląsku, a przez rok nawet przewodniczącą (1993-94). Kiedy została ministrem, złożyła rezygnację, ale udzielała się w SdRP i SLD. W zeszłym roku była wiceprzewodniczącą rady wojewódzkiej. Ostatnio wyłączyła się z działalności partyjnej i zajęła wyłącznie gospodarką — wspomina Zaborowski.

Dlaczego odeszła z partii?

— Jak na środowisko lewicowe, Barbara była kimś o liberalnych poglądach. Nie, nie była betonem. Przyjmowała argumenty drugiej strony — także te sprzeczne ze zdaniem jej partii. I zawsze miała własne zdanie. Nie ulegała presji politycznej, nawet własnego klubu — tłumaczy Krzysztof Oksiuta.

Nie przepadała za Leszkiem Millerem. Jako jedna z pierwszych wezwała ówczesnego premiera do rozłączenia funkcji partyjnych i rządowych.

— Do bólu racjonalna. W obronie racji potrafiła postawić się każdemu. Dla niej liczyły się argumenty, a nie partyjne interesy czy znajomości — potwierdza Żelichowski.

I dlatego obraziła się na SLD i odeszła z partii?

— Tak. Nie cierpiała Szarawarskiego i jego układów. Konkurowali ze sobą. On był podsekretarzem stanu, ona — ministrem. Oboje pochodzili ze Śląska — dodaje Żelichowski.

W ostatnich latach Blida pozostawała w cieniu wydarzeń politycznych. Ale w każdy piątek na łamach „Dziennika Zachodniego” publikowała felietony w rubryce „Tu i tam”. 20 kwietnia — ostatni: o wydarzeniach politycznych we Francji, wyborach prezydenckich oraz o tym, co się dzieje na Ukrainie. Pytała przewrotnie: „Może sytuację na Ukrainie uspokoiłaby rozsądna kobieta? (...) Nie wpychajmy się w roli mediatorów czy nauczycieli na Ukrainę. To są ich, nad Dnieprem i Donem, problemy, a my mamy wystarczająco wiele własnych”.

Dla przeciwwagi zamieszczano w „Dzienniku Zachodnim” felietony Marka Kempskiego, byłego wojewody z czasów AWS.

— Czasami spieraliśmy się na łamach. Blida była bardzo popularna na Śląsku, ale nie była typowym socjaldemokratą, miała liberalne poglądy na sprawy gospodarcze, kwestie socjalne i na bezrobocie. Taka popularność dawała jednocześnie duże wpływy — podkreśla Marek Kempski.

Dziwne rzeczy

— Parę miesięcy temu, podczas konferencji poświęconej TBS-om, opowiadała mi o dziwnych zdarzeniach. Jak dwukrotnie napadnięto ją na trasie z Warszawy do Katowic. Jak wyciągano z samochodu, bito. Jak bardzo się boi. Kiedy dzisiaj usłyszałem, co się wydarzyło, od razu sobie to przypomniałem i pomyślałem, że miała prawo się bać i nie ufać nieznajomym, którzy rano dobijali się do jej drzwi — opowiada Krzysztof Oksiuta.

Czy domyślała się, kto stoi za tymi napadami?

— Nie. Było dochodzenie. Zostało umorzone. Sprawcy nie zostali wykryci — dopowiada Oksiuta.

— Po ostatnim ataku na nią, gdy próbowano ukraść jej samochód, powiedziała, że mąż dostał pozwolenie na broń i że — gdy zajdzie taka potrzeba — będzie chroniła siebie i swego dobytku. Że jej użyje. O ile wiem, sama nie miała takiego pozwolenia — wspomina Żelichowski.

Ostatnie tygodnie. Blida czegoś się bała. Podświadomie?

— Jakiś miesiąc temu powiedziała, że dzieją się wokół niej dziwne rzeczy, że zatrzymane zostały osoby, którym dano propozycję „nie do odrzucenia” — wskażcie tych, co trzeba albo kraty. Resztę można sobie dośpiewać — uważa Żelichowski.

Słowem: miała świadomość, że coś się święci?

— Tak, ale chyba nie do końca była świadoma, co. Pamiętam, że rozmawialiśmy o tym, że demokracja w Polsce powinna być z roku na rok coraz silniejsza, trwała i przewidywalna, gdy tymczasem, kto wie, czy wkrótce nie będziemy musieli stanąć na czele tych, którzy będą demokracji bronić — mówi Żelichowski.

Czego mogła się lękać Barbara Blida? Jakie kwity mogły spoczywać w szufladzie? I czyjej?

— Basia obawiała się, że ktoś wywlecze jej błędy z czasów powodzi w 1997 roku. Sytuacja była wyjątkowa. Mnóstwo ludzi straciło dach nad głową i trzeba było szybko podejmować decyzje, często z naruszeniem obowiązujących procedur. Wielokrotnie mi mówiła, że się boi reperkusji, że ktoś kiedyś wykorzysta to przeciwko niej — mówi Żelichowski.

Chodziło o tzw. blida domy: plan Barbary Blidy budowy „tysiąca domów dla powodzian”.

— Myśmy wtedy znacznie uprościli procedury i wydaliśmy — ja (ówczesny minister środowiska) i ona (minister budownictwa) — olbrzymie środki: rządowe, pozarządowe, pomocowe na likwidację skutków powodzi, na domy dla poszkodowanych. Ludzie potrzebowali ratunku, a nie procedur, które nijak się nie miały do kryzysowej sytuacji. Trzeba było działać szybko. I Basia bardzo bała się tego, że ktoś się do tego przyczepi, doszuka błędów, nieprawidłowości — twierdzi Żelichowski.

A afera węglowa — i jej w niej wątek?

— Traktowała to jako ponury żart. Była kilka razy przesłuchiwana w śledztwie przeciwko pani Kmiecik, ale nie sprawiała wrażenia zatrwożonej. Powtarzam: znacznie bardziej obawiała się sprawy pomocy dla powodzian. A szukano — tyle że kontrole nic nie wykazały. Owszem, były doniesienia do prokuratury, ale sprawy umarzano — dodaje Żelichowski.

Chwila ciszy. Z radia leci kolejny komunikat o tragedii w Siemianowicach Śląskich. Milkniemy.

— Nie wierzę w wersję samobójstwa Basi. Ona po prostu nie była typem desperata, który gotowy byłby popełnić samobójstwo. Nie ten charakter, nie ta klasa człowieka — wątpi Żelichowski.

I już nic więcej nie chce mówić. Bo nie może.

Ta opinia nie jest odosobniona.

— Basia miała zbyt silny charakter, dlatego dziwię się, nie mogę wprost uwierzyć, że popełniła samobójstwo. To do niej po prostu nie pasuje — mówi Martyniuk.

Post mortem

Dwa lata temu zaczęła chorować. Mąż miał zawał. Życie zaczęło się wymykać spod kontroli.

— Była słaba psychicznie — mówi anonimowo osoba, która znała ją z trudnych sytuacji.

A zatem: słaba, czy silna?

„Stosowne byłoby milczenie. Cisza jest najbardziej wymowna, bo wypełnia pustkę. Mówi to, czego nie oddadzą słowa. Lecz współczesny świat nie toleruje ciszy. Przepełniony jest jazgotem. Nierzadko do granic przyzwoitości, jakże często je przekraczając. Czesław Miłosz w tomiku »Wiersze« ostatnie stawia pytanie o granicę życia, śmierci i bytu nieznanego — transcendencji. Tymi fundamentalnymi, choć nieco banalnymi słowami Barbara Blida zakończyła jeden z ostatnich felietonów na łamach „Dziennika Zachodniego”. n