Belka: Mamy twarde stanowisko w sprawie budżetu UE

Polska Agencja Prasowa SA
opublikowano: 2005-05-13 18:32

Polskie stanowisko w sprawie budżetu Unii Europejskiej na lata 2007-2013 jest już właściwie wypracowane i jest ono twarde - powiedział w piątkowej rozmowie z PAP premier Marek Belka. Premier nie chciał zdradzić szczegółów stanowiska rządu, ale - jak zaznaczył - dla Polski ważniejsza niż rozmiar budżetu UE jest jego struktura.

Polskie stanowisko w sprawie budżetu Unii Europejskiej na lata 2007-2013 jest już właściwie wypracowane i jest ono twarde - powiedział w piątkowej rozmowie z PAP premier Marek Belka. Premier nie chciał zdradzić szczegółów stanowiska rządu, ale - jak zaznaczył - dla Polski ważniejsza niż rozmiar budżetu UE jest jego struktura. "Szczególnej ochronie powinny podlegać wydatki na politykę spójności. To jest nasza zasadnicza teza" - powiedział szef rządu.

Komisja Europejska proponuje, by wydatki UE w latach 2007-2013 wyniosły średnio 1,14 proc. dochodu narodowego brutto (DNB) całej Unii. Zaś sześć krajów, które do unijnej kasy wpłacają znacznie więcej, niż z niej otrzymują - Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Austria, Szwecja i Holandia - chce ograniczenia wydatków do 1 proc. DNB.

Zdaniem premiera, na stosunki gospodarcze Polski z Rosją należy patrzeć przez pryzmat naszego członkostwa w UE. Problemem może być jednak przyszłość unijnej polityki energetycznej, która powinna być "kształtowana w Brukseli, a nie w Hanowerze".

Chodzi o rosyjsko-niemieckie plany budowy gazociągu północnoeuropejskiego pod dnem Bałtyku. W kwietniu w Hanowerze, w obecności kanclerza Gerharda Schroedera i prezydenta Władimira Putina, rosyjski Gazprom i niemiecka spółka Wintershall AG (należąca do BASF) zawarły umowę o wspólnej eksploatacji złóż w Zachodniej Syberii. Jak informowano wówczas, porozumienie oznaczało rozpoczęcie realizacji projektu gazociągu północnoeuropejskiego.

Oto pełny tekst rozmowy:

PAP: Jak ocenia Pan szanse na zawarcie w czerwcu kompromisu w sprawie unijnego budżetu?

Marek Belka: To zależy od wyniku referendum w sprawie konstytucji europejskiej we Francji, zaplanowanego na 29 maja. Na razie zanosi się na to, że Francuzi zaakceptują konstytucję. To by otwierało - a w każdym razie nie zamykałoby - drogi do kompromisu w sprawie nowej perspektywy finansowej UE.

Nasze stanowisko w sprawie unijnego budżetu jest już właściwie wypracowane i jest ono dosyć twarde. Ale nie będzie tragedii, jeśli coś odpuścimy. Na tym polega właśnie kompromis. Dla Polski ważny jest oczywiście "rozmiar" budżetu, ale ważniejsza jest jego struktura. W najbliższych dniach w Warszawie spotkam się z premierem Luksemburga Jean-Claude'em Junckerem, z którym będę o tym rozmawiać. Na początku czerwca jadę na konsultacje do Luksemburga. Nie mogę jednak powiedzieć o szczegółach naszej taktyki, bo z partnerami nie rozmawia się przez media. To jest bardzo skomplikowana sprawa i - co tu dużo mówić - bardzo dla nas ważna. Po raz pierwszy bierzemy udział w takiej gimnastyce, a do czynienia mamy z krajami, które ćwiczyły to już wielokrotnie. Zdajemy sobie sprawę, że jakiś kompromis musi być, ale nie kosztem nowych krajów akcesyjnych. Kompromis nie może też polegać na cięciach "po równo". Jeżeli tnie się wydatki, to szczególnej ochronie powinny podlegać wydatki na politykę spójności. To jest nasza zasadnicza teza. Dyskusja o nowym budżecie Unii jest bardzo niestabilna. Co tydzień wydaje się, że zanosi się na kompromis, a potem coś się zatnie i ta szansa robi się coraz mniejsza. Znowu powraca kwestia rabatu brytyjskiego (czyli upustu w wielkości składki do kasy UE, z którego od ponad 20 lat korzystają Brytyjczycy - PAP). 17 krajów podpisało list podający w wątpliwość sens rabatu. Oczywiście, my jesteśmy w tej siedemnastce.

PAP: Jak Pan ocenia ostatnią sugestię Parlamentu Europejskiego, by ustalić wydatki UE na poziomie 1,07 proc. DNB?

M.B.: Ważne jest, co się za tym kryje. Poziom 1,07 proc. DNB może być dla nas do zaakceptowania pod warunkiem że propozycja ta nie zakłada równomiernych cięć wydatków.

PAP: Biorąc pod uwagę nie najlepszą obecnie atmosferę w polsko-rosyjskich relacjach politycznych, jak Pan widzi przyszłość stosunków gospodarczych z Rosją, w tym bezpieczeństwo energetyczne Polski?

M.B.: Dla nas najważniejsze są stosunki z Unią Europejską i nasza pozycja w Unii. Co więcej - nasze relacje z Rosją zdecydują się wewnątrz Unii Europejskiej. Jeżeli dziś Rosja prowadzi jakąś politykę wobec Polski, to jest to polityka wobec Polski na forum UE. Powszechnie odczuwalne jest, że Rosja próbuje ograniczyć rolę Polski w kształtowaniu unijnej polityki zagranicznej, w tym zagranicznej polityki handlowej. Będąc w UE mamy jednak potężne instytucjonalne argumenty. W ubiegłym roku rozszerzono na nowych członków Unii ramowe porozumienie o współpracy politycznej i gospodarczej, a podpisane 10 maja szerokie porozumienia między UE a Rosją, tzw. mapy drogowe, są zgodne także z naszymi interesami. Gdybyśmy mieli przyjąć dwustronne porozumienia gospodarcze z Rosją, trwałoby to całe lata. Zanegocjowalibyśmy się na śmierć. Choć na stosunki Polski z Rosją trzeba patrzeć przez pryzmat UE - to są jednak pewne problemy. Jeden dotyczy tego, jak będzie kształtowana europejska polityka energetyczna. W moich rozmowach - czy to z szefem Komisji Europejskiej, czy ostatnio z szefem unijnej dyplomacji Javierem Solaną - wyraźnie podkreślam: Chcemy, by polityka energetyczna Unii Europejskiej była kształtowana w Brukseli, a nie w Hanowerze. Mam na myśli wstępne porozumienie o budowie gazociągu bałtyckiego łączącego Rosję z Niemcami. Rosja musi przyjąć do wiadomości, że Polska jest jednym z krajów UE, musi przetrawić to, co się stało w Kijowie.

PAP: Jak ocenia Pan praktykę "desantu ambasadorów", czyli powoływania kilkunastu szefów placówek przez odchodzący rząd? "Rzeczpospolita" pisze, że pański rząd zamierza wymienić przed końcem kadencji kilkunastu ambasadorów.

M.B.: To kompletne nieporozumienie. Od wielu lat obowiązuje zasada, że ambasadorzy są wysyłani na placówki na cztery lata. Fakt, że ten okres rotacji następuje w ostatnim roku funkcjonowania danej koalicji, wydaje się zdrowy dla służby zagranicznej i wzmacnia jej propaństwowy charakter. Przez cztery lata lewicowi ministrowie spraw zagranicznych Włodzimierz Cimoszewicz i Adam Daniel Rotfeld współpracowali z ambasadorami wysłanymi przez rząd Jerzego Buzka. Ja naprawdę nie widziałem w tym żadnych problemów.

PAP: Pojawiają się jednak pytania o argumenty i kryteria doboru ambasadorów.

M.B.: Podpisuję nominacje przede wszystkim dla ludzi z MSZ, czyli zawodowych dyplomatów. Bardzo niewielu nowych ambasadorów wywodzi się spoza służby zagranicznej.

PAP: A Stefan Paszczyk, były prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, który ma zostać ambasadorem w Argentynie?

M.B.: Bez przesady! Paszczyk jest znakomitym iberystą, dobrym organizatorem.