Firmom coraz trudniej ubezpieczyć majątek. Niektóre nie dostają żadnej oferty, reszta płaci więcej
Towarzystwa zaostrzyły politykę oceny ryzyka i nie ma już agresywnych graczy, którzy biorą wszystko.
Jedna z większych stoczni w Trójmieście, produkująca jachty sprzedawane na całym świecie, chciała ubezpieczyć majątek. Podpisała umowę z brokerem ubezpieczeniowym i… nie dostała żadnej oferty. Podobne problemy miał bardzo znany producent drzwi, którego reklamy często można obejrzeć w telewizji. I nie są to jednostkowe przypadki.
— Jest coraz trudniej uzyskać ofertę od towarzystwa. Ubezpieczający i broker muszą dużo więcej się natrudzić. Trzeba przedstawić dużo więcej informacji, ale nawet to nie gwarantuje otrzymania oferty. Szczególnie w przypadku firm z branż drzewnej, papierniczej, meblarskiej, tworzyw sztucznych — mówi Marcin Czarnota, dyrektor w firmie brokerskiej Mentor.
Klasy ryzyka
Na problemy z uzyskaniem oferty od ubezpieczyciela skarży się wielu brokerów. Przez to nie mogą wywiązać się z umowy z klientem.
— Są branże, m.in. papiernicza, drzewna, lakiernicza, spożywcza, których towarzystwa nie chcą ubezpieczać. Dotyczy to nie tylko małych firm, ale coraz częściej średnich i dużych, często takich, które są bardzo ważne w regionie. I nie chodzi o cenę, ale o to, że nie dostają żadnej oferty. To dla tych firm, ale także brokerów, bardzo duży problem — mówi Marcin Z. Broda, analityk Ogma, firmy monitorującej rynek ubezpieczeń.
Brokerzy sugerują, że powstała czarna lista branż, których towarzystwa nie ubezpieczają.
— Nie ma branż, które są przez nas skreślone. Problem z uzyskaniem oferty ochrony leży gdzie indziej — towarzystwa zaczęły wymagać zabezpieczeń, m.in. przeciwpożarowych, zbliżonych do tych, które są standardem w Europie Zachodniej. I, niestety, wiele firm ich nie spełnia — mówi Andrzej Liwacz, dyrektor ds. underwritingu ubezpieczeń pozakomunikacyjnych w PZU.
— Nie ma żadnej czarnej listy, która uniemożliwiałaby nam przyjmowanie ryzyka z danej branży. Do klientów i ich ryzyka podchodzimy indywidualnie — wtóruje Krzysztof Grelewicz, dyrektor biura ubezpieczeń klientów strategicznych Ergo Hestii.
Towarzystwa przyznają jednak, że nie wszystkie firmy mogą kupić polisę.
— Branże mamy podzielone na siedem klas ryzyka. Firmom z najbardziej ryzykownych przedstawiamy ofertę dopiero po bardzo dokładnej analizie poprzedzonej wizytą inżyniera ds. oceny ryzyka. Nasz zespół ogląda około 2,5 tys. lokalizacji rocznie. To pozwala na indywidualne podejście do klientów, bez względu na branżę, niemniej zdarzają się również jednostkowe przypadki negatywnie ocenionych ryzyk, kończące się odmową przedstawienia jakichkolwiek warunków ubezpieczenia — mówi Rafał Tokarz, dyrektor departamentu zarządzania produktami ubezpieczeń korporacyjnych w Warcie.
Ostrzejsze wymagania
Ubezpieczyciele podzielili branże pod względem ryzyka. Firmy z najbardziej narażonych na szkody muszą się postarać, żeby ktoś je ubezpieczył.
— Niektóre sektory są bardziej narażone na pożary, wybuchy czy zalania, np. przemysły drzewny, papierniczy, chemiczny czy budowy dróg, ale nie znaczy to, że ich nie ubezpieczamy. Większe ryzyko to większe wyzwanie — oznacza, że będziemy pracować z firmami, aby ich zabezpieczenia były na światowym poziomie — tłumaczy Krzysztof Grelewicz.
Ergo Hestia ma w grupie spółkę inżynierską, która doradza firmom, jak optymalnie zabezpieczyć zakład.
Jednak nie w każdym wypadku firma jest gotowa dostosować się do wymogów.
— Jesteśmy gotowi ubezpieczać firmy z branż o wyższym ryzyku, np. meblarskiej, wysokiego składowania czy chemicznej, ale dajemy wytyczne, jak zabezpieczyć zakład, by spełniał wymogi. Niestety, w wielu przypadkach taniej byłoby zburzyć zakład i postawić od nowa, niż przerabiać — mówi Andrzej Liwacz.
Ostrzejsze wymagania zaskoczyły firmy.
— Kilka lat łagodnego rynku sprawiło, że firmy często nie przywiązywały aż tak dużej wagi do zabezpieczeń. Bywało, że instalowały tylko to, czego wymaga prawo. A to często za mało. Znany jest przykład firmy, która zbudowała magazyn do przechowywania towaru za 500 mln zł, ale od strony technicznej nie miał on stałych zabezpieczeń przeciwpożarowych. Inna firma potrafiła postawić zakład na terenie zalewowym. Takie zachowania wymusiły zmiany — bo ubezpieczyciel, który decyduje się na złożenie oferty w takim wypadku, bierze na siebie całe ryzyko — mówi Krzysztof Grelewicz.
Skoro chodzi jedynie o zabezpieczenie zakładu, to skąd ten lament brokerów? Bo towarzystwa zmieniły politykę.
— Rynek się odwrócił i ryzyko oceniane jest w sposób bardziej konserwatywny. Każda zachodnia firma ubezpieczeniowa dzieli ryzyka na pożądane, i takich klientów chce pozyskiwać jak najwięcej, ryzyka przyjmowane pod pewnymi warunkami i ryzyka wykluczone. Przez ostatnie lata rynek w Polsce był zbyt liberalny, przypominało to ubezpieczanie samochodu bez hamulca i z łysymi oponami, co musiało prowadzić do katastrofy — tłumaczy Andrzej Liwacz.
Powrót cywilizacji
Dlaczego firmy należące często do wielkich międzynarodowych grup brały na siebie takie ryzyko?
— Wiedzieliśmy, że przeginamy. Przy każdej kontroli centrala pytała, dlaczego bierzemy takie ryzyko. Odpowiedź była prosta — PZU tak robi, więc jeśli chcemy zdobywać rynek, to też musimy — mówi underwriter jednego z ubezpieczycieli
Sytuacja zmieniła się, gdy stery w PZU objęła ekipa Andrzeja Klesyka. Jedną z pierwszych decyzji była zmiana polityki w linii korporacyjnej, na której gigant tracił setki milionów rocznie.
— W 2009 r. PZU zmieniło podejście do oceny ryzyka na bardziej racjonalne. W strategii nie ma miejsca na dopłacanie do ubezpieczeń korporacyjnych. Naszym tropem poszły inne firmy i od 2010 r. ubezpieczyciele oczekują wyższych stawek i zabezpieczeń — mówi Andrzej Liwach.
— To, co teraz obserwujemy na rynku ubezpieczeń korporacyjnych, to oznaka cywilizowania się. W ostatnich latach obserwowaliśmy dramatyczne spłaszczenie stawek za ubezpieczenia majątkowe dla firm — większa część ryzyk mieściła się w przedziale 0,15-0,25 promila od sumy ubezpieczenia. Tymczasem rozpiętość stawek powinna być zdecydowanie większa od 0,15 do nawet 2-4 promili i w większym stopniu zależeć od indywidualnej oceny ryzyka — tłumaczy Rafał Tokarz.
Koniec desperacji
Do tego roku firmy nie miały problemu ze znalezieniem ubezpieczyciela, bo zawsze był agresywny gracz, który brał "wszystko i za każdą cenę".
— Te czasy minęły. Od kilku lat wzrasta bowiem częstość i wartość szkód spowodowanych przez wybuchy, pożary czy zalania. W takich warunkach biznes nie może być rentowny w długim okresie, jeśli nie opiera się na udoskonalaniu zabezpieczeń. W tym roku nadal obserwujemy trend wzrostowy — mówi Krzysztof Grelewicz.
Firmy muszą się pogodzić z tym, że ubezpieczyciele skończyli wojnę cenową.
— Od co najmniej 2000 r. klienci byli przyzwyczajeni, że dostają przy każdym odnowieniu coraz atrakcyjniejsze stawki [z krótkim epizodem wzrostu cen po zamachu terrorystycznym z 11 września 2001 r. — red.]. Taka sytuacja skończyła się dopiero wraz z ubiegłoroczną powodzią. Już w 2009 r. widać było pewne ruchy cen w górę i zaostrzanie polityki akceptacji, ale ostra konkurencja łagodziła je. Dopiero straty popowodziowe spowodowały otrzeźwienie i zdecydowany ruch w górę czy też wycofanie się niektórych firm z ubezpieczania pewnych branż czy rodzajów działalności — mówi Rafał Tokarz.
Miliony poszły z dymem
Największe pożary w Polsce w ostatnich latach
Maj 2011
Pożar wietnamsko-tureckiego magazynu w Wólce Kosowskiej. Spłonęły tekstylia i obuwie o szacunkowej wartości 250 tys. — 2 mln USD. Dwa lata wcześniej spłonął inny magazyn w tym miejscu.
Maj 2011
Pożar fabryki aerozoli Aero BW w Chrzanowie. 10 mln zł strat.
Kwiecień 2011
Pożar wytwórni papieru w Byczynie. 10 mln zł strat.
Lipiec 2010
Pożar magazynu w fabryce mebli Formaplan (Tomaszów Mazowiecki). Straty — 8 mln zł.
Sierpień 2009
Pożar w zakładach mięsnych Mysław w Mysłowicach. 20 mln zł strat.
Czerwiec 2009
Wielki pożar zakładów mięsnych JBB w Łysych (mazowieckie). Straty sięgnęły nawet 1 mld zł.
Wrzesień 2008
Spaliła się fabryka farb Chespa w Choruli (opolskie). Straty szacowane na 40 mln zł.
Styczeń 2008
Spłonął zakład Drosedu w Toruniu. Straty — 50 mln zł.