Zanim dotacje popłyną do firm, muszą one wyłożyć pieniądze z własnej kasy. A to start-upom nie jest łatwo.
Mikro i małe firmy stanęły do boju o dotacje na e-biznesy. Gra jest warta świeczki — do podziału jest 320 mln zł, zwycięzcy mogą zgarnąć nawet 700 tys. zł. Ale promesa na dofinansowanie to nie koniec. Zdobycie wkładu własnego i pieniędzy, które trzeba wyłożyć zanim dotacje trafią do firmy, to dla start-upu duże wyzwanie.
Konkurs 8.1 Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka jest przeznaczony dla firm, które na rynku działają krócej niż rok, w szczególności prowadzonym przez osoby przed 27 rokiem życia. Będą mogły liczyć na zwrot 80 proc. kosztów (czyli o 10 punktów procentowych więcej niż pozostali uczestnicy konkursu). Niestety, warunki konkursu nie odzwierciedlają preferencji banków.
— Szukałem kredytu w sześciu bankach. Wszystkie deklarowały, że udzielają ich firmom, którym przyznano dotacje. Mimo to w każdym spotkałem się z odmową. Jeden długo się zastanawiał, ale po czterech miesiącach rozmów odprawił mnie z kwitkiem. Skończyło się na kredycie pod zastaw hipoteki — mówi Marek Roj, założyciel firmy EasySoftware, laureat konkursu.
Przedstawiciele banków potwierdzają, że do ich drzwi start-upy nie mają po co pukać.
— Nie mamy produktu dla tego typu firm. W przypadku klientów, którym przyznano dotacje, przygotowujemy go na zasadzie odstępstwa. Za każdym razem wymaga to indywidualnej decyzji komitetu kredytowego — wyjaśnia Marek Gburski, zastępca szefa linii mikrofirm w Raiffeisen Banku.
O przychylną opinię łatwej w przypadku osób z doświadczeniem w prowadzeniu działalności gospodarczej i firmom, które dotacje dostały na dobra trwałe.
— Oprogramowanie, komputery czy routery nie są dla banku atrakcyjnym zabezpieczeniem, bo szybko tracą na wartości. Decyzja o przyznaniu dotacji też nie wystarczy, bo łatwo ją stracić — mówi Marek Gburski.
Młodym firmom łatwiej będzie uzyskać wsparcie aniołów biznesu. Ale także w tym przypadku sito selekcji jest bardzo gęste. Na 100 chętnych wsparcie dostają 3-4 firmy. Bo anioł musi być pewny, że biznes się obroni.
— Przyznana dotacja zwiększa szansę na otrzymanie pomocy, ale sama wizja i pomysł to za mało. Doświadczenie pokazuje, że unijne dofinansowanie otrzymują często bardzo słabe projekty z niewielką szansą zaistnienia na rynku — uważa Jacek Błoński, prezes Lewiatan Business Angels.
Ale te, którym się uda, dostają coś więcej niż pieniądze.
— Anioł obejmuje udziały w spółce i pomaga budować jej wartość przez 3-4 lata. Zapewnia płynność oraz wsparcie merytoryczne, doświadczenie w branży i kontakty — zapewnia Jacek Błoński.
Z tego typu wsparcia skorzystali twórcy portalu jakdojade. pl, laureaci zeszłorocznej edycji konkursu.
— Koszty realizacji projektu pokryła w większości grupa prywatnych inwestorów związanych z transportem. Dotację od początku traktowaliśmy jako bonus i dobrze się stało, bo z Unii nie otrzymaliśmy jeszcze ani grosza — mówi Mikołaj Grajek, menedżer projektu.