Ostatnie dane systematycznie pokazują, że bezrobocie ani drgnie. Pytanie dlaczego? Optymistyczna interpretacja jest taka, że inflacja może spaść bez podnoszenia bezrobocia. Mniej optymistyczna, że bezrobocie nie rośnie, bo walka z inflacją jeszcze na serio się nie rozkręciła.

Ostatnie dane z Polski pokazują, że stopa bezrobocia liczona metodą badań ankietowych (czyli taką, która jest wykorzystywana do porównań międzynarodowych) wyniosła w czwartym kwartale 2,9 proc. – dokładnie tyle samo, co przed rokiem. Nie widać absolutnie żadnego ruchu w górę. Co więcej, dane wyższej częstotliwości oparte o rejestry bezrobotnych w urzędach pracy wskazują, że na początku 2023 r. rynek pracy również był stabilny i mocny.
Tymczasem projekcja makroekonomiczna Narodowego Banku Polskiego z listopada zeszłego roku wskazywała, że stopa bezrobocia powinna dokładnie teraz – w pierwszym kwartale – ruszyć w górę. To miał być koszt spowolnienia i po części wynik podwyżek stóp procentowych. A jednocześnie miał być to jeden z elementów polityki dezinflacji: słabsza sytuacja na rynku pracy to słabszy popyt, mniejsza presja na płace i ogólnie niższa presja na podwyżki cen.
Podobne zjawiska widać w innych krajach – w strefie euro czy Stanach Zjednoczonych. Stopa bezrobocia jest niska i nawet spada, mimo że projekcje banków centralnych wskazują, że już teraz powinna rosnąć.
Ta odporność bezrobocia na spowolnienie jest bardzo pozytywnym zjawiskiem dla pracowników. Niektórzy ekonomiści uważają jednak, że nie da się osiągnąć dwóch celów jednocześnie – rekordowo niskiego bezrobocia i spadku inflacji. Jeżeli osiągniemy pierwszy cel, to wymknie nam się drugi. Bardzo niskie bezrobocie jest częściowo efektem inflacji i spadku realnych wynagrodzeń, które podnosi popyt na pracę (stara ekonomiczna zależność: cena spada, zapotrzebowanie rośnie). Jeżeli inflacja się obniży, a realne wynagrodzenia wzrosną, wówczas stopa bezrobocia dostosuje się w górę do generalnie gorszej dynamiki PKB, którą obserwujemy. Można to też wyjaśnić inaczej. Koniunktura gospodarcza, mimo że się pogarsza, jest wciąż podtrzymywana przez niskie realne stopy procentowe, czyli stopy procentowe nominalne skorygowane o inflację. Gdy inflacja spadnie, stopy realne wzrosną, inwestycje przedsiębiorstw się obniżą i bezrobocie się podniesie.
Czy jesteśmy więc skazani na to, że stopa bezrobocia w końcu ruszy w górę? Niekoniecznie. Zależność między realnymi wynagrodzeniami i realnymi stopami procentowymi a bezrobociem wcale nie jest taka oczywista. Gospodarka to nie maszyna działająca zawsze wedle tych samych niezmiennych zasad. Możliwe, że przedsiębiorstwa widząc nagły wzrost realnych wynagrodzeń mimo wszystko zdecydują się zatrzymać pracowników, bo na przykład gwałtownie zmaleją im inne koszty – głównie koszty surowców (i głównie energetycznych). Albo zdecydują się zapłacić za utrzymanie pracowników niższymi marżami, bo widzą rosnący problem z podażą pracy i bardziej niż w przeszłości cenią sobie stabilność zatrudnienia. Lub – jeszcze inna możliwość – zdecydują się zatrzymać pracowników, bo będą widziały możliwość podniesienia ich wydajności.
Generalnie wydaje mi się, że zwalczenie inflacji bez podniesienia stopy bezrobocia będzie trudne. Ale nie znaczy to absolutnie, że niemożliwe.
