Po wyborach dla państwowego Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK) nastały ciężkie czasy. Zamiast być kołem zamachowym rządowej strategii rozwoju, stał się miejscem kadrowych rozgrywek między resortami finansów i rozwoju. Sprawę tego, kto ma nadzór nad instytucją, przecięła nowa ustawa, a bank trafił pod skrzydła Mateusza Morawieckiego, wicepremiera i ministra rozwoju. W gabinecie szefowej rządu utknęły jednak zmiany w zarządzie.

Decyzyjny paraliż
Nowela ustawy o BGK mocno zagmatwała sposób wyboru zarządu i rady nadzorczej. Formalnie nadzór nad bankiem trafił do ministra rozwoju pod koniec czerwca. Według nowych reguł, w skład rady nadzorczej banku wchodzą przedstawiciele ministerstw: rozwoju, finansów, skarbu, infrastruktury i budownictwa oraz energii. Arytmetyka jednak daje przewagę członkom wskazanym przez resort rozwoju. Podobnie jak w zarządzie.
— To rodzi jednak sporo problemów dla BGK, bo po zmianie ustawy został on podzielony na strefy wpływów kilku ministrów. Taką cenę za nadzór nad nim musiał zapłacić Mateusz Morawiecki. Ciekawe, jak to się przełoży na zarządzanie instytucją — mówi nasz rozmówca z Ministerstwa Rozwoju.
Na razie problem jest jednak inny — rezygnacje obecnych władz i brak powołania następców, które leżą w gestii szefowej rządu.
— Od 1 września w banku nie będzie ani jednej osoby, która ma zgodę Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) na sprawowanie funkcji. Rezygnację tydzień temu złożył Adam Świrski, wiceprezes odpowiedzialny m.in. za obszar ryzyka — mówi nam źródło zbliżone do banku. Po jego odejściu zarząd będzie się składał z czterech osób: Mirosława Panka, p.o. prezesa, oraz trzech wiceprezesów: Włodzimierza Kocona, Piotra Puczyńskiego i Jerzego Szugajewa.
Bez zielonego światła
O sprawach nadzorczych dotyczących poszczególnych banków KNF nie informuje. Przypomina jednak o tym, że z mocy prawa bankowego musi zaakceptować kandydatów na dwa fotele.
— Powołanie prezesa i członka zarządu banku nadzorującego pion ryzyka następuje za zgodą KNF. Bank ma obowiązek zapewnić zgodność swojej działalności z ustawą — wyjaśnia Łukasz Dajnowicz, rzecznik prasowy KNF. Czy bank może funkcjonować z zarządem, którego żaden z członków nie ma zielonego światła nadzorcy? Tak, ale zdaniem prawników, to naraża spółkę na problemy.
— W przypadku instytucji finansowych każdy z członków zarządu jest odpowiedzialny za określony segment ich działalności — wakat na stanowisku powoduje zatem w niektórych sferach brak pełnej możliwości realizowania obowiązków ustawowych lub regulaminowych.
Nowe przepisy wskazują wyraźnie, że w ciągu 30 dni od wejścia w życie ustawy powinien zostać wymieniony skład rady nadzorczej i zarządu banku.
W przypadku kryzysu nie ma osoby, która ponosi odpowiedzialność za prawidłowe funkcjonowanie procesów zarządzania ryzykiem, które ma strategiczne znaczenie dla bezpieczeństwa funkcjonowania instytucji i musi odbywać się w sposób płynny. Powinna ona niezwłocznie powołać odpowiednią osobę na stanowisko w zarządzie lub zapewnić odpowiedni ład korporacyjny, gwarantujący ciągłość działania — podkreśla Rafał Wojciechowski, dyrektor departamentu prawa rynków kapitałowych w kancelarii Sadkowski i Wspólnicy. Gorzej, że zgody wciąż nie uzyskał powołany w marcu na p.o. prezesa BGK Mirosław Panek. Jego kandydatura jest już jednak nieaktualna, bo minister finansów powierzył mu właśnie misję w Międzynarodowym Funduszu Walutowym. Z naszych informacji wynika, że ta nominacja i tak prawdopodobnie nie uzyskałaby aprobaty KNF.
— Dwa tygodnie temu KNF skierowała do rady nadzorczej banku list, w którym pytała, czy Mirosław Panek po nowelizacji ustawy o BGK jest wciąż kandydatem na prezesa, a przy okazji punktowała jego brak doświadczenia w sektorze. To mógł być sygnał, że będzie problem z uzyskaniem jej zgody — mówi nasz informator z rządu. Zamieszanie wokół BGK budzi zdziwienie w branży.
— To nie jest dobry przykład działania zarówno osób wskazujących władze banku, jak też regulatora rynku, który w takiej sytuacji powinien podjąć jakąś decyzję. W przypadku podmiotów prywatnych jest bardziej rygorystyczny — mówi były prezes jednego z banków.
Kadrowa karuzela
Na początku marca rada nadzorcza odwołała Dariusza Kacprzyka z fotela prezesa banku. Decyzja była nieoczekiwana, bo według ustaleń „PB”, dzień wcześniej na biurko nadzorującego wówczas BGK Pawła Szałamachy, ministra finansów, trafił projekt ustawy, który przenosił kontrolę nad instytucją na pl. Trzech Krzyży.
— Minister zrobił ruch uprzedzający i powołał swojego człowieka na prezesa. W porządku obrad rady nadzorczej zaplanowany był punkt wymiany członka zarządu, którego wskazuje minister infrastruktury i budownictwa. Tak do banku trafił Włodzimierz Kocon — mówi źródło zbliżone do Ministerstwa Finansów. Opóźnienie w powołaniu nowych władz banku sięga ponad miesiąc. Nowe przepisy wskazują zaś wyraźnie, że w ciągu 30 dni od wejścia w życie ustawy powinien zostać wymieniony skład rady nadzorczej i zarządu banku.
— 29 lipca do premiera trafiły wnioski o powołanie wszystkich członków zarządu i rady. Jeszcze nie zostały jednak zaakceptowane — mówi nasz informator. Z naszych informacji wynika, że Mateusz Morawiecki planował ukłon w stronę Pawła Szałamachy i chciał powołania po raz kolejny Mirosława Panka, który jednak najpóźniej w listopadzie musi zameldować się w Waszyngtonie. Minister finansów długo zwlekał z decyzją o tym, kogo wysłać do MFW, i dlatego dopiero kilka dni temu ruszyły gorączkowe poszukiwania kandydata na fotel prezesa BGK. Według naszych źródeł, rekrutacja powinna zakończyć się najpóźniej do końca września.
Inwestycyjne koło zamachowe
Przez ostatnie lata BGK przeszedł długą drogę: od urzędniczego molocha do państwowego banku rozwoju. Za wzór wziął podobnych sobie europejskich gigantów z Niemiec, Francji czy Hiszpanii. Poprzednia ekipa rządząca widziała w nim kluczowe miejsce do rozkręcania i finansowania inwestycji publicznych. Jednym z największych sukcesów BGK jest program gwarancji de minimis, który wypełnił lukę w kredytowaniu sektora MŚP. Od jego startu w 2013 r. udzielono gwarancji wartości 31 mld zł, dzięki czemu firmy dostały 55 mld zł kredytów. Oprócz działalności komercyjnej bank realizuje też zadania zlecone przez rząd, głównie resort finansów, i regularnie dzieli się zyskiem z budżetem. W pierwszej połowie roku zarobił na czysto 255 mln zł. Ważną rolę w rozwojowym planie widzi dla BGK również wicepremier Mateusz Morawiecki, choć ma on być tylko elementem szerszej układanki, gdzie pierwsze skrzypce będzie grał Polski Fundusz Rozwoju — nowy wehikuł finansowy rządu zbudowany na fundamencie spółki Polskie Inwestycje Rozwojowe.