Biblioteka dorosłego człowieka

Karol Jedliński
opublikowano: 12-02-2008, 00:00

Prywatny księgozbiór poprawia wizerunek i dodaje prestiżu. Ale trzeba za niego dość słono zapłacić.

Spotykamy się w modnej praskiej kluboksięgarni. Wszyscy stukają w klawiaturki laptopów. Beata Pankau, jako jedyna, zaczytana. Ot, zawodowy obowiązek. Zanim zaczniemy, zastrzega: żadnych nazwisk. Jeśli lokalizacje, to mocno ogólnikowe. Nie tropimy przestępców ani szpiegów. Chodzi o wizerunek intelektualny biznesmena, który za niego suto płaci. Ma najlepszy samochód, najpiękniejszą żonę, wspaniały jacht. Pora więc na coś ekstra — na domową bibliotekę z przytupem. Potrafi ona napawać dumą oraz pełnić inną funkcję terapeutyczną, być miejscem azylu i wyciszenia. Tematycznym określeniem zachcianki, kupnem książek, bibelotów i zaprojektowaniem mebli niech się zajmie Beata Pankau.

— Majątku nie zbijam, ale sumy, jakie trzeba wyłożyć, dają do myślenia. Księgozbiór przemawia do wyobraźni — przekonuje właścicielka firmy Pro Libro.

Wesele reformatorów

Zakup tysiąca książek pochłania jakieś 100-150 tys. zł. Na niektóre poluje się po kilka miesięcy, przeczesując w ich poszukiwaniu Allegro, obdzwaniając zaprzyjaźnionych antykwariuszy. Skoro komuś zależy na wyjątkowym zbiorze, a nie na książkach na metry z marketu, cierpliwość jest wskazana.

— Od półtora roku zbieram pierwsze wydania Wyspiańskiego. Publikowane własnym sumptem, przez jego rodzinę. Co jakiś czas coś wypływa. Ciągle nie mam jednak „Wesela” — przyznaje Beata Pankau, chowając do torebki dość pokaźny wolumin.

To „Czas reformatorów” Williama Taylora i Polly LaBarre. Nisza z pogranicza psychologii i biznesu, być może trafi na półkę jakiegoś klienta.

— Jest menedżerem w dużej firmie. Wiek pod pięćdziesiątkę. Dużo czytał, chce mieć własne kompendium do polecenia. Możliwe, że zbiór znajdzie miejsce w jego firmowym gabinecie. Jesteśmy na etapie zakupu dwustu książek z tej dziedziny, szukam najlepszych, topowych, niekoniecznie nowinek, ma być trochę przekrojowo — tłumaczy właścicielka Pro Libro.

Absolwentka teatrologii, niegdyś nauczycielka i dziennikarka. Przed tym wszystkim była jeszcze posada asystentki doradczyni garderobianej podczas wyjazdu do Stanów.

— Płacili marnie. Ale tam zobaczyłam, że są ludzie z wielkimi pieniędzmi, którzy potrafią je zarobić, ale nie zawsze mogą poradzić sobie z zawartością szafy. Wychodzą też z założenia, że skoro mają pieniądze, to wolą zapłacić specjaliście niż samemu szperać po ciuchach czy książkach — przyznaje Beata Pankau.

Pro Libro wymyślił jej mąż. Wobec potrzeb ich małej córki, etat odpadał.

— Co lubisz? — zapytał i odpowiedź zamienił na koncepcję biznesu.

Pudła na regale

Robi to, co lubi. W kilka lat zrealizowała kilkadziesiąt projektów. Czas przeszły jest tu niekoniecznie na miejscu, bo kolekcja nigdy się nie zamyka. Co rusz pojawiają się książki, które szefowa Pro Libro poleca klientom. W domu przechowuje kilka tysięcy pozycji. I to nie zawsze wyjątkowych.

— Książki kupujemy impulsywnie, szybko. Na lotnisku, w kiosku, dostajemy w prezencie. Potem okazuje się, że tłumacz nie ten, wydanie nie najlepsze czy może dobry temat, ale lektura nudna. Mnie też się trafiają takie pudła. I się walają po regale, zanim nie oddam ich do biblioteki publicznej czy do antykwariatu — zastrzega Beata Pankau.

Zwykle współpraca z klientami zaczyna się od intensywnego wietrzenia. Większość książek wylatuje od razu. Niewielka część łapie się do późniejszej biblioteki. Taki radykalizm skutkuje nieraz niezamierzonymi komplementami.

— Co ona niby dokupiła, przecież ja to już wszystko wcześniej miałem — powątpiewał jeden z szanownych biznesmenów.

Na półkach stały tytuły starannie dobrane według jego upodobań. Nieufny biznesmen czuł się tam dobrze. Książki były podobne do tych, które miał, ale jednak były nie te.

— Motyw azylu, czucia się bezpiecznie i u siebie jest na pewno istotny. Biblioteka daje taki komfort — mówi Beata Pankau.

Biblioteka jest domeną mężczyzn. Wiją sobie własne gniazdko, ale także dodają sobie prestiżu.

— Ho, ho, widzę, że pan od zawsze interesuje się dziejami polskiego kapitalizmu — to chciałby zapewne usłyszeć posiadacz dziesiątek specjalistycznych pozycji traktujących o bohaterach rodem z „Ziemi obiecanej”. A że ledwie parę przeczytał? Przecież właściciel ferrari nie musi być mistrzem kierownicy.

— Jeszcze nie trafiłam na człowieka, dla którego księgozbiór byłby tylko wydmuszką. Oni naprawdę interesują się danymi dziedzinami. Tyle że często nie mają czasu — uważa właścicielka Pro Libro.

Posiadane książki wciągają. Spięty, zalatany i ciągle walczący o wszystko człowiek ze świecznika może posiedzieć sobie w swoim pokoju ze swoją lekturą. Czyż to nie kusząca wizja? Przydałaby się kilku politykom.

— Tymochowicz kazał Leppera opalić. Warto, by też poczytał coś, co doda trochę subtelności jego pewności siebie. Choćby „Myszy i ludzie” Steinbecka, coś Remarque’a czy „Mistrza i Małgorzatę” — uważa Beata Pankau.

Janusz Palikot? Niech będzie poezja. Szymborska. Dla wyciszenia. No i może „Mantrę czaszki” Eliota Pattisona.

Mickiewicz z Napoleonem

Wiedzę o literaturze ma niebagatelną, ale nie patrzy na klientów z góry. Po prostu dba o wizerunek intelektualny. Na początek kanon, 100-200 tytułów to podstawa. Przede wszystkim Mickiewicz, Słowacki, Żeromski — ich porządny Polak mieć powinien. Potem jest miejsce na projekty nierzadko spektakularne. Bibliotekę napoleońską założyła biznesmenowi spod średniego miasta. Początkowo miał być nieduży zbiór, ale ze strumyczka zrobiła się wartka rzeka, około tysiąca książek. Napoleon to w końcu psychologia przywództwa, Burbonowie, Francja, Rosja i Księstwo Warszawskie.

— Wciągnęło go. Poszedł na całość, kupowałam bibeloty, stare popiersia, monety, ryciny — wspomina Beata Pankau.

Największa biblioteka, jaką założyła już na starcie liczyła dwa tysiące książek. Dziś jest dużo większa. Albo taki księgozbiór o Indianach. Narodzony z pasji i marzenia, a nie z pustego snobizmu.

— Klient był młody, przed czterdziestką. Tak się zaangażował, że nie wiedzieć kiedy, zaczęły się medaliony, strzały, pióropusze. A skończyło się rodzinną wycieczką do Ameryki Południowej — kwituje szefowa Pro Libro.

Podczas sesji zdjęciowej, fotograf wygrzebuje nową publikację o zwyczajach Indian. Tej jej klient w kolekcji nie ma. Jeszcze.

Plany? Warto by wreszcie stworzyć bibliotekę, taką z prawdziwego zdarzenia, w Pałacu Prezydenckim. Na razie jedyne, czym imponuje, to sekretnym przejściem do prywatnej toalety, wymyślonym jeszcze przez Mieczysława Wachowskiego. A niezałatwiona intelektualno-wizerunkowa potrzeba czeka. n

Potomek analfabetów

Erich Maria Remarque urodził się w 1898 r. jako Erich Paul Remark. W dorosłym wieku zaczął używać drugiego imienia Maria, a później zamienił w nazwisku k na que. Francuską pisownię tłumaczył ponoć francuskimi przodkami, analfabetami, którzy nie umieli poprawnie go zapisać. Za to Niemcowi Erichowi Marii pisanie szło wybitnie. Zasłynął powieścią „Na zachodzie bez zmian”, opisującą brutalność wojny, widzianej oczami młodocianego żołnierza. Początkowo dzieło ukazało się w gazecie jako powieść w odcinkach i dopiero w 1929 r. znalazło wydawcę. Cztery lata później naziści zabronili publikowania dzieł Remarque’a. Pisarz wyprowadził się do USA, potem do Szwajcarii, gdzie w 1970 r. zmarł.

Wieszcz ozłocony

Komplet 16 tomów wydanych w 1955 r., w setną rocznicę śmierci Adama Mickiewicza, można kupić na przykład na Allegro. Ceny zaczynają się od 280 zł. Na ceniących Słowackiego w pięknym wydaniu czeka gratka. Komplet trzech ekskluzywnych tomów dzieł wieszcza ma cenę 1,5 tys. zł. Oprawione w półskórek, z trzema szyldami i obficie złocone kuszą oko.

Zaczytani, policzeni

1000

zł Nawet tyle potrafi kosztować 40 franków z 1812 r. z podobizną Napoleona.

1,5

roku Tyle może zająć skompletowanie dużego prywatnego księgozbioru.

2

tys. Tyle woluminów na początek liczy dobra prywatna biblioteka mająca kilka działów.

Nobel i Pulitzer

John Steinbeck żył w tym samym czasie co Remarque. Na dodatek był potomkiem niemieckich imigrantów. Urodzony w Kalifornii, pierwsze swoje książki związał z bohaterami z tego miejsca. Trzy pierwsze jego dzieła przeszły bez echa. Bomba wybuchła, gdy opublikował „Tortilla Flat” w 1935 r. Dwa lata później wydał „Myszy i ludzi”, opowieść ukazującą dramatyczne losy pary przyjaciół. Lenniego, czyli ociężałego, niezbyt rozgarniętego umysłowo dryblasa i sprytniejszego George’a. Wspólnie marzą o spokojnym życiu na wsi. Na próżno. Marzenia Steinbecka spełniły się w 1962 r., kiedy został uhonorowany Nagrodą Nobla. Wcześniej, wydane jeszcze przed wojną „Grona gniewu” przyniosły mu Pulitzera.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane