Biorą pacjenta na warsztat

Dorota Wojnar
opublikowano: 2008-09-10 00:00

Najpierw była energetyka, szpitalne łóżka pojawiły się później. Dziś spółka szuka inwestora i zaprasza innych pod własne skrzydła.

Centrum Medyczne Enel-Med

Najpierw była energetyka, szpitalne łóżka pojawiły się później. Dziś spółka szuka inwestora i zaprasza innych pod własne skrzydła.

Z wykształcenia inżynier elektryk. Przez lata pracował w warszawskim zakładzie energetycznym, a dorabiał projektami na zlecenie. Po 13 latach założył własną firmę. Szło nieźle — biuro projektowe stało się jedną z największych prywatnych firm elektrycznych.

— Sukcesy osiągane na przełomie lat 80. i 90. obudziły we mnie chęć zainwestowania. Ale miałem już dość zabłoconych placów budów. Wybór padł na klinikę stomatologiczną — mówi Adam Rozwadowski, założyciel i prezes Centrum Medycznego Enel-Med.

W 1992 r. na warszawskim Zaciszu wbito pierwszą łopatę. Idea polegała na tym, by firma elektryczna finansowała budowę kliniki, więc gdy na początku lat 90. koniunktura w budownictwie załamała się, pojawiły się problemy z płynnością finansową. Inwestycję uratował kredyt i w 1993 r. klinika wystartowała.

Włoskie koneksje

Jeszcze jedno łączy obie spółki. Pierwsza nosiła nazwę Biuro Projektowania i Realizacji Inwestycji Energoelektrycznych, w skrócie Enel.

— Chcieliśmy zachować pewien logiczny ciąg działalności gospodarczej. Później dowiedzieliśmy się, że tak samo nazywa się olbrzymi koncern energetyczny we Włoszech. Jego logo widnieje na większości włoskich skrzynek energetycznych. Dlatego podróże do Włoch sprawiają nam dużo radości. Śmiejemy się, że firma jest popularna nawet tam — mówi szef Enel-Medu.

Lata 1993-94 były trudne: kredyt, rozkręcanie nowej firmy, a firma elektryczna miała się kiepsko. Na szczęście klinika szybko zaczęła przynosić owoce i w miarę jej rozwoju Rozwadowski zwijał działalność w branży elektrycznej. Zakończył ją w 1995 r. Budynek kliniki miał powierzchnię około 2 tys. mkw., w dużej części niezagospodarowaną. Rozwadowski postanowił więc wyjść poza stomatologię.

— Wprowadziliśmy rehabilitację, gabinety konsultacyjne dla lekarzy różnych specjalności i działalność szpitalną. Gdy w 1998 r. wprowadziliśmy usługi abonamentowe dla firm, musieliśmy zadbać właściwie o wszystkie specjalności. Stopniowo pojawiały się warszawskie przychodnie w Atrium, Arkadii, Blue City i na ulicy Puławskiej — opowiada Adam Rozwadowski.

Enel-Med zaczął też otwierać centra diagnostyki obrazowej. Okazało się bowiem, że na rynku brakuje urządzeń takich jak tomograf komputerowy czy rezonans magnetyczny. Firma zawierała więc kontrakty z publicznymi szpitalami i udostępniała im swoje urządzenia. Największe centrum diagnostyki Enel-Medu powstało w warszawskim Szpitalu Bielańskim.

— Szpitale często same się do nas zgłaszają. Zanim nawiążemy współpracę, bierzemy pod uwagę m.in. to, jakie oddziały ma dany szpital, ilu pacjentów przyjmuje, jaki może być promień działania centrum diagnostyki, czy w rejonie 50-60 km są inne szpitale, które mogłyby z niego korzystać. Urządzenie, łącznie z adaptacją pomieszczenia, kosztuje kilka milionów złotych, dlatego inwestycja zaczyna się opłacać, gdy dzienna liczba badań przeprowadzana przez szpital przekroczy dziesięć — podlicza Adam Rozwadowski.

W ubiegłym roku przychody ze sprzedaży usług diagnostycznych sięgnęły 18 mln zł.

Wjedź na warsztat

Gdy kliniki i centra diagnostyki okrzepły, pojawił się kolejny pomysł. Firma stworzyła własny system teleradiologii, czyli badania pacjentów na odległość. Obecnie współpracuje z 20 ośrodkami diagnostycznymi, które po wykonaniu badania przez internet wysyłają obraz do centralnego komputera firmy w Warszawie. Tam lekarze Enel-Medu badanie opisują. System pozwala szpitalom uniknąć zatrudniania radiologów, których obecnie na rynku brakuje. Sporo też oszczędzają, bo płacą firmie tylko za konkretny opis.

— Takie badanie na odległość w Polsce działa dopiero od 5 lat. System praktycznie nie ma ograniczeń: lekarz w Gdańsku może robić opis badania wykonanego w Zakopanem albo na drugim końcu świata. Dlatego bierzemy pod uwagę możliwość opisywania badań dla innych krajów europejskich. Barierą może być znalezienie radiologów znających lokalne języki — opowiada o planach Adam Rozwadowski.

Inny nowatorski pomysł, jaki realizuje firma, to program "24 godziny dla zdrowia". Prezes porównuje go do kompleksowego przeglądu samochodu.

— Pacjent przychodzi na godzinną wizytę do internisty, który na podstawie wywiadu ustala ścieżkę badań. Następnie w ciągu jednego dnia przechodzi całą serię badań, w jednym miejscu, w naszym szpitalu na Zaciszu. Cały czas ma do dyspozycji własny pokój i pomoc pielęgniarki. Na koniec dnia ma gotowy obraz swojego zdrowia — o programie mówi prezes.

Wśród ludzi biznesu cieszy się powodzeniem. Szef Enel-Medu podkreśla, że coraz więcej menedżerów zaczyna zdawać sobie sprawę z wartości własnego zdrowia.

— Łatwo wycenić dom, zegarek, firmę, samochód. Zdrowie trudno przeliczyć na złote, a to przecież jedna z najważniejszych inwestycji — mówi Adam Rozwadowski.

Zarząd na leżaku

Sieć Enel-Medu urosła do 10 placówek własnych i 360 partnerów w całej Polsce, w tym 6 szpitali. Firma zatrudnia ponad 900 lekarzy, pielęgniarek i pracowników personelu medycznego. Z jej usług korzysta ponad 280 tys. pacjentów, w tym 56 tys. korporacyjnych. Poza Warszawą jest obecna także w Poznaniu, Wrocławiu i w Krakowie, a za chwilę pojawi się w Łodzi i Katowicach. Planuje też dwa kolejne centra w stolicy. By taki ośrodek mógł ruszyć, spółka musi wyłożyć 2-5 mln zł.

— Dotychczas pieniądze na inwestycje pochodziły ze środków własnych firmy albo z kredytów. Jednak konsolidacja branży skłoniła nas do poszukiwania inwestora. Rozmawiamy z kilkoma firmami ubezpieczeniowymi i funduszami inwestycyjnymi. Do końca roku wybierzemy partnera, który dokapitalizuje spółkę. Nie chcemy jej sprzedawać, ale dopuszczamy możliwość oddania 51 proc. — deklaruje prezes Enel-Medu.

Na początek liczy na 100 mln zł, a wartość firmy wycenia na blisko 250 mln zł. Spółka chce wejść pod skrzydła funduszu, ale liczy też na to, że i pod swoje weźmie mniejsze podmioty. Wiele z nich zgłasza się, by włączyć je do sieci.

Teraz, gdy trwają poszukiwania inwestora, pracy jest więcej niż zwykle. Prezes cierpi, bo czwartkowe wyjazdy na wieś zdarzają mu się rzadziej. Ma tam kąpielowy staw, las, sad, kort tenisowy i stajnię. I największa pasja Adama Rozwadowskiego — dwuhektarowy ogród.

— Mam tam internet, odbieram e-maile, a moja asystentka może łączyć ważne rozmowy. Przecież kontrahentowi po drugiej stronie linii jest wszystko jedno, czy jestem w biurze, czy w ogrodzie — mówi szef spółki.

Dorota Wojnar