Biznes na kółkach

Magdalena Laskowska
opublikowano: 2005-09-14 00:00

Prawo jazdy kategorii A i B ma od 16. roku życia. Dziś może prowadzić także ciężarówki, autobusy, a nawet ciągniki. W zasadzie wszystko.

Auta kochał od zawsze. Pierwszy raz siedział za kierownicą jako nastolatek, kiedy ojciec pozwalał mu czasami poprowadzić swoją królową szos, czyli syrenkę. Potem skończył technikum mechaniczne, by w przyszłości samodzielnie naprawiać swoje pojazdy.

Szewc bez butów

Pierwszy samochód, fiata 126p — kupił za ciężko zarobione pieniądze.

— Maluch miał wtedy siedem lat i był spełnieniem moich marzeń. Ciągle się psuł, ale z przyjemnością go własnoręcznie reperowałem — wspomina Waldemar Czapliński, założyciel i właściciel szkoły nauki jazdy Skorpion. Po maluchu miał jeszcze dużego fiata i poloneza. Dziś nie ma własnego auta, korzysta z tych, które są własnością jego firmy. Mówi, że nawet gdyby nabył samochód, musiałby go z braku czasu odstawić na parking. Ma za to motocykl. W wolnym czasie jeździ swoją yamahą po mieście i okolicach wyłącznie w tempie spacerowym, bo, jak sam mówi, stara się poruszać zgodnie z przepisami.

Własny biznes

Waldemar Czapliński wiele lat był instruktorem w różnych ośrodkach szkolenia kierowców. W 1995 r. postanowił zacząć pracę w tej branży na własny rachunek.

— Moja żona założyła działalność gospodarczą i zaczęliśmy rozkręcać nasz pierwszy własny biznes. Małżonka, z wykształcenia ekonomistka, zajęła się finansową stroną firmy, ja uczyłem przyszłych kierowców zarówno teorii, jak i praktyki — opowiada Czapliński.

Pierwszy ośrodek otworzył na warszawskim Tarchominie. Zainwestował oszczędności, zaciągnął kredyt i za około 25 tys. zł kupił dla firmy fiata uno. Biuro mieściło się w jego własnym mieszkaniu. Szkoła proponowała tylko kurs na prawo jazdy kategorii B.

— Zgłosiły się cztery osoby. Dla mnie to był sukces. W tym rejonie miasta mnie nie znano, bo ośrodki, w których wcześniej pracowałem, znajdowały się na Ursynowie i Mokotowie, czyli po drugiej stronie Wisły. Sam zrobiłem i skserowałem czarno-białe ulotki i rozprowadziłem je w okolicy — wspomina założyciel szkoły.

Cztery osoby — niby niedużo — ale i tak się cieszył, że zdobył jakichkolwiek klientów.

— Jedna z pierwszych i zarazem najstarsza jak dotąd klientka Skorpiona, wówczas 64-letnia kobieta, do dziś wysyła mi kartki z pozdrowieniami z różnych stron świata. Mile ją wspominam, bo była jedną z najdzielniejszych moich uczennic. Na początku nic jej nie wychodziło, ale ćwiczyła, zdała egzamin, kupiła sobie samochód i jeździ nim podobno do dzisiaj — opowiada Waldemar Czapliński.

W początkowym okresie działalności był jedynym instruktorem w swojej szkole. Jednak w miarę jak zgłaszało się coraz więcej przyszłych kierowców, zaczął zatrudniać pomocników.

— Wynajmowałem dodatkowy samochód dla innych instruktorów, a z czasem kupiłem go do firmy — mówi Waldemar Czapliński.

W 2000 r. rozrzeszył ofertę ośrodka o prawo jazdy kategorii A, czyli na motocykle. Po kilku latach od otwarcia szkoły okazało się, że jeden ośrodek nie nadąża ze szkoleniem. W 2002 r. pojawił się więc kolejny Skorpion na Tarchominie, a rok później trzeci ośrodek w podwarszawskich Ząbkach.

Przyjemne z pożytecznym

— Kiedy zaczynałem, główną klientelę stanowili panowie. Teraz coraz więcej kobiet chce zrobić prawo jazdy — zauważa właściciel Skorpiona.

Twierdzi, że z pomysłem na biznes trafił w dziesiątkę.

— Połączyłem swoją wieloletnią pasję samochodową z pracą. Dlatego kocham to, co robię i nie umiem wyobrazić sobie innego zajęcia. Mam stały kontakt z samochodami i przy okazji codziennie spotykam wielu ciekawych ludzi — mówi z dumą.

Z byłymi uczniami bywa jednak różnie. Niektórzy po latach kłaniają się w pas, widząc swego instruktora na ulicy, inni odwracają wzrok.

— Miałem kiedyś śmieszną sytuację. Wracałem do domu. Na skrzyżowaniu zajechał mi drogę kierowca poloneza. Zupełnie bez sensu zaczął strasznie trąbić. Gdy wyszedłem z auta, okazało się, że to mój były uczeń. Kiedy mnie rozpoznał, strasznie się zawstydził. Gdyby to był ktoś inny, myślę, że nie okazałby takiej skruchy — wspomina Czapliński.