Protestuję przeciwko dzieleniu gospodarki na „lepsze” i „gorsze” sektory — moim zdaniem mamy jedynie do czynienia z lepiej lub gorzej zarządzanymi firmami.
Trzy i pół roku od momentu wstąpienia Polski do Unii to chyba wystarczający czas na to, aby zacząć oceniać, kto dzięki zmianom okazał się zwycięzcą — a kto na zmianach stracił. Zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie kasandryczne przepowiednie, które formułowano przed akcesją. Jeszcze w pierwszych latach tego stulecia lejtmotywem spotkań, które miałem z polskimi przedsiębiorcami, nie było to, co jest do wygrania, ale odwrotnie — co stracimy na członkostwie. Formułowano obawy, że polskie firmy nie wytrzymają konkurencji na wspólnym rynku, zaleje nas fala importu, nastąpią masowe bankructwa i wzrost bezrobocia. Moje zapewnienia, że będzie dokładnie odwrotnie i że to właśnie polskie firmy, dzięki swojej przewadze konkurencyjnej, będą zwycięzcami, przyjmowano z życzliwym uśmiechem, ale bez specjalnej wiary.
Jeśli teraz spojrzymy na ten sam problem — niezależnie od tego, czy w przekroju polskich przedsiębiorstw, regionów kraju, czy grup zawodowych lub społecznych — odpowiedź ciśnie się na usta sama. Wstąpienie do Unii okazało się grą typu win-win, czyli taką, na której nikt (albo niemal nikt) nie stracił, a wszyscy zyskali. Zamiast zwycięzców i pokonanych mamy w kraju w zasadzie samych zwycięzców, choć oczywiście ci, którzy umieli lepiej zdyskontować sprzyjające okoliczności, odnieśli zwycięstwo większe, a inni — którzy radzili sobie gorzej — mniejsze.
Czy są takie dziedziny gospodarki, o których wyraźnie można powiedzieć, że należą do wielkich zwycięzców? Od lat protestuję przeciwko dzieleniu gospodarki na „lepsze” i „gorsze” sektory — moim zdaniem mamy jedynie do czynienia z lepiej lub gorzej zarządzanymi firmami. Firmy dobrze zarządzane na członkostwie Polski w Unii zrobiły zazwyczaj znakomity interes, zwiększając szybko sprzedaż, zyski i efektywność produkcji. Nie sposób jednak pominąć specyfiki pewnych sektorów — zwłaszcza tych, które dzięki udziałowi Polski w jednolitym rynku Unii Europejskiej stały się szczególnie atrakcyjne dla inwestorów. Nie ma cienia wątpliwości, że to właśnie owa atrakcyjność zaowocowała niezwykle silnym gospodarczym odbiciem w znacznej części przemysłu przetwórczego, nastawionej głównie na eksport (dobrym przykładem jest tu przemysł motoryzacyjny). Ponieważ to właśnie eksport był najszybciej rosnącym w ostatnich latach elementem finalnego popytu, wzrost sprzedaży u eksporterów był bardzo wysoki.
Ale na unijnym boomie skorzystały również sektory nastawione głównie na obsługę rynku krajowego — choćby korzystające z koniunktury firmy związane z budownictwem.
Nie ma również powodu, aby obawiać się, że członkostwo w Unii pozostało niezauważone w jakimkolwiek regionie Polski. Tam, gdzie gospodarka opiera się na dynamicznych firmach, postęp był najbardziej wyraźny — nic dziwnego, że największe korzyści ze wzrostu produkcji odnotowały zachodnie regiony kraju. Ale unijny boom wystąpił praktycznie wszędzie. Również w regionach o sporym udziale rolnictwa, tradycyjnie niedoinwestowanych i niezbyt dynamicznych. Ściana wschodnia dopiero ma przed sobą prawdziwie duże inwestycje finansowane z unijnych pieniędzy, ale ożywienie i większy optymizm już się tam czuje.
Unia to oczywiście nie same przyjemności. Szybki wzrost popytu na pracę w kraju, w połączeniu z nieuchronną (przy różnicach płac) emigracją, spowodował już napięcia na polskim rynku pracy. Firmy — na razie — narzekają, ale jakoś sobie z tym problemem radzą. I będą musiały radzić sobie w przyszłości, bo czasy wysokiego bezrobocia na dobre odchodzą w Polsce w przeszłość. l
Witold M. Orłowski
główny doradca ekonomiczny
PricewaterhouseCoopers