Lata 80. XX wieku. Piotr Komierowski otworzył działalność gospodarczą - Zakład Mechaniczny Bizon, produkujący zszywki biurowe. Dziś jest największym w Europie i jednym z ostatnich na kontynencie producentów zszywek meblowych.
- W latach 90. na rynku zaczęli pojawiać się konkurenci z Chin. Szybko podjęliśmy decyzję o rezygnacji z produkcji zszywek biurowych i weszliśmy na rynek przemysłowy – mówi Piotr Komierowski.
Zszywki są używane m.in. do produkcji elementów wyposażenia samochodów, np. podłokietników, mocowania ocieplenia domów, a także budowy trumien. Głównymi klientami Bizona są jednak producenci mebli. W kanapie za 1 tys. zł koszt zszywek stanowi tylko 7 zł, ale bez nich nie da się jej wyprodukować. Bizon wytwarza też urządzenia do montażu zszywek, zarówno do produkcji mebli, jak i łączenia drewna, a nawet montażu ocieplenia w budynkach.
Dinozaur i pogotowie ratunkowe
Po transformacji ustrojowej firma zaczęła współpracę z niemieckim potentatem BeA. Zachodni partner z czasem jednak mocno uzależnił się od dostaw materiałów zza granicy, np. z Chin, więc nie przetrwał zakłóceń w łańcuchach dostaw podczas pandemii COVID-19. Syndyk sprzedał jego główne aktywa Chińczykom, a Bizon odkupił udziały w polskiej spółce.

Sam się nie poddał, choć po ataku koronawirusa jego sprzedaż spadła z tysiąca ton zszywek miesięcznie do ok. 400 ton. Po chwilowym załamaniu popyt poszybował i firma z nawiązką nadrobiła początkowe straty.
- Czujemy się jak pogotowie ratunkowe. Kiedy na rynku brakuje chińskich zszywek, wszyscy przychodzą do nas. Jesteśmy jak ostatni dinozaur, który nie wyginął – żartuje Piotr Komierowski.

Japońska szkoła niezależności
Do Bizona ustawiła się kolejka, gdy statek Ever Given utknął w Kanale Sueskim. W Europie brakowało zszywek, więc polska firma miała mnóstwo zamówień. Poradziła sobie ze wzmożonym popytem m.in. dzięki automatyzacji produkcji i niezależności od zagranicznych kontrahentów, której nauczyli ją odwiedzający zakład przedstawiciele japońskiej firmy produkującej zszywki. Najpierw jednak sami nauczyli się czegoś w Polsce.
- Japończycy chcieli zobaczyć, jaki dystans musimy pokonać, by im dorównać. Okazało się, że to my ich wyprzedzamy, bo mamy urządzenie, które pozwala nam produkować nawet 3 mln sztuk zszywek meblowych na godzinę. Oni nie byli w stanie osiągnąć nawet połowy tego wyniku – wspomina Piotr Komierowski.
Po wizycie w Bizonie Japończycy wdrożyli rozwiązania wykorzystywane w podwarszawskim zakładzie. Rewizytujący ich Polacy podpatrzyli natomiast rozbudowany ciąg produkcyjny, który postanowili wprowadzić u siebie. Wcześniej Bizon produkował zszywki z taśmy kupowanej od zewnętrznych kontrahentów. Obecnie kupuje w hutach walcówkę, którą samodzielnie przerabia na drut, powleka powłoką galwaniczną itp. Z drutu sam produkuje taśmę, a z niej różnego rodzaju zszywki. Firma wytwarza też gwoździe. Zautomatyzowała proces produkcji, a obecnie automatyzuje proces pakowania. Kosztem 60 mln zł buduje też jeden z największych w Polsce magazynów, w których będzie można składować 23 tys. palet ze zszywkami i gwoździami.
- Też będzie zautomatyzowany. W branży coraz trudniej o pracowników, dlatego stawiamy na automatyzację – dodaje Piotr Komierowski.
Między kosztami a słabym popytem
Inwestycje firma finansuje głównie z zysków. Grupa ma blisko 300 mln zł przychodów i utrzymuje wysoką rentowność. Dobre wyniki pomagają, a jednocześnie przeszkadzają w walce z Chińczykami na arenie międzynarodowej.
Kilka lat temu Bizon, przewodząc europejskim producentom, zaczął zabiegać w Brukseli o nałożenie ceł antydumpingowych na chińskie zszywki. Unijne postępowanie wykazało, że ceny na chińskie towary są wprawdzie dumpingowe, ale Bizon zachowuje rentowność, więc nie ponosi straty w wyniku chińskiej konkurencji. Ostatecznie firma wycofała wniosek, czuje się jednak poszkodowana. Obecnie zabiega o objęcie importerów wyrobów ze stali tzw. granicznym podatkiem węglowym (CBAM).
- Na import stali obowiązują cła i kontyngenty, a wyroby stalowe, np. zszywki, są pozbawione ochrony. Uważamy to za nierówne traktowanie różnych uczestników rynku – mówi Grzegorz Pucek, dyrektor biura zarządu Bizona.
Te nierówności dają się firmie we znaki zwłaszcza od wybuchu wojny w Ukrainie.
- Stal w Europie podrożała do 1,55 tys. USD za tonę, a w Chinach ceny były na poziomie 691 USD za tonę [obecnie to odpowiednio: blisko 900 USD i ok. 550 USD za tonę - red.]. W takich warunkach trudno konkurować – tłumaczy Andrzej Taraszkiewicz, dyrektor finansowy Bizona.
Na domiar złego firma mierzy się z rosnącymi cenami gazu i energii elektrycznej. Ciepło w zakładzie i biurowcu zapewnia wprawdzie Oxidizer, czyli urządzenie do utylizacji oparów z kleju wykorzystywanego w procesie produkcji, za prąd Bizon musi jednak słono płacić. Jeszcze niedawno ceny nie przekraczały 300 zł za MWh, a oferty na przyszły rok opiewają na 1,5-1,8 tys. za MWh.
- Przy takiej cenie nie będziemy w stanie prowadzić działalności – twierdzi Piotr Komierowski.
Rosnącym kosztom towarzyszy spadek popytu. Wprawdzie tuż po wybuchy wojny posypały się zamówienia, bo znów ucierpiały łańcuchy dostaw, obecnie jednak koniunktura w branży meblarskiej wyraźnie się pogorszyła. Sprzedaż zszywek spadła z 1,4 tys. ton w marcu do ok. 400 ton miesięcznie. Tak słabych wyników firma nie miała od dawna.

W takich warunkach trudno przenieść koszty na ceny. Andrzej Taraszkiewicz informuje, że klienci nie chcieli już zaakceptować podwyżki spowodowanej wzrostem cen stali. Nie ma szans, by zgodzili się płacić więcej z powodu droższej energii. Co zrobi Bizon? Będzie inwestował.
Sankcje, biznes i etyka
- Zbudowaliśmy małą instalację fotowoltaiczną, by przetestować wykonawcę. Po zakończeniu budowy nowego magazynu chcemy postawić na nim dużą farmę – informuje Piotr Komierowski.
Grupa negocjuje też 10-letni kontrakt na energię.
- Pozwoli to zabezpieczyć w długim okresie cenę poniżej 1 tys. zł za MWh – mówi Andrzej Taraszkiewicz.
Receptą polskiej spółki na kryzys jest także poszerzenie portfela produktów i ekspansja zagraniczna. Oprócz elementów złącznych i urządzeń do ich montażu Bizon produkuje automatyczne linie do wyrobu np. drewnianych donic ogrodowych czy konstrukcji mebli. Dużo też eksportuje, zwłaszcza na rynki regionu, choć z handlu z Białorusią zrezygnował dobrowolnie.
- Nasze produkty nie są objęte sankcjami. Sami je sobie nałożyliśmy, bo nie chcemy wspierać agresorów. Z etycznego punktu widzenia uważamy to za konieczne. Patrząc z perspektywy biznesowej sami oddaliśmy rynek, który pewnie przejmą Chińczycy. Na szczęście wracają zamówienia z Ukrainy – mówi Piotr Komierowski.
Piotr Komierowski wywodzi się z rodziny Komierowskich herbu Pomian którego elementem jest głowa żubra.
- Jego rogi wyglądają jak zszywki. Jednak żubr nie jest powszechnie znany na świecie. Dlatego na logo i nazwę firmy wybraliśmy Bizona mówi Piotr Komierowski.
Nie zapomina jednak o herbie i korzeniach. Niedawno sfinansował remont rodzinnego pałacu w Komierowie, w którym otworzył hotel. Działalność turystyczna to jego drugi biznes. Na pierwszym planie jest jednak Bizon.
