W krótkim terminie to wydarzenie doprowadzi do wzrostu indeksów. Inwestorzy dojdą do wniosku, że skoro rynek nie spadł w piątek, to jest bardzo silny i będą akcje kupowali.
Z Ameryki
Męczący trend boczny w USA trwa. Dane makro nadal sygnalizowały trwające (a nie nadchodzące) lekkie ożywienie gospodarcze. Tryumfalne wypowiedzi byków o tym, że nastąpił wzrost produkcji największy od stycznia tego roku naprawdę nic nie znaczą. Baza była mała, a sam wzrost wyniósł jedynie 0,5 proc. Wykorzystanie potencjału produkcyjnego ledwo drgnęło podobnie jak indeks nastroju Uniwersytetu Michigan. Ilość noworejestrowanych bezrobotnych tydzień po tygodniu utrzymuje się o kilka tysięcy poniżej 400 tys. i trudno to uznać za sukces. Inflacja lekko wzrosła, co nieco oddaliło obawy o nadciągającą deflację, ale wzrost był nieznaczny i w dalszym ciągu dezinflacji nie można wykluczyć. Zmalał deficyt handlowy Stanów Zjednoczonych, bo dzięki osłabieniu dolara amerykańscy eksporterzy byli bardziej konkurencyjni. To jest niewątpliwy plus, ale będzie zachęcało inne państwa do dewaluacji waluty i prowadziło do konkurencyjnej dewaluacji. Poza tym dolar wyraźnie kontynuuje korektę wzmacniając się, a to będzie chwilowo hamowało ożywienie. Z danymi makro jest jeden problem. Jak są złe, to indeksy spadają, bo perspektywa ożywienia gospodarczego oddala się. Jak są dobre, to w najlepszym razie kapitały rotowane są z sektorów mniej podatnych na zmiany koniunktury gospodarczej (jak np. sektor ochrony zdrowia) w sektory wykazujące większe zyski, wtedy, kiedy gospodarka się ożywia (np. producenci półprzewodników). Dobre dane podnoszą natychmiast rentowność obligacji (rynkowe stopy procentowe), a to straszy inwestorów, bo utrudnia wyjście gospodarki z recesji. Kwadratura koła.
Ostatnie posiedzenie banku na chwilę zwiększyło zaufanie inwestorów do Fed. W komunikacie nie było nic nowego. Były za to zwroty, które wręcz nie przystoją poważnej instytucji. Co to znaczy w ustach najpotężniejszego człowieka w świecie gospodarki, że małe, ale realne ryzyko deflacji będzie się utrzymywało w „dającej się przewidzieć przyszłości”? Albo, że obecna polityka monetarna może być utrzymywana przez „znaczny czas”? Zwroty w cudzysłowie są wyjątkowo niejasne, ale jeśli dokładnie przeczyta się te dwa zdania to można powiedzieć jedno: Fed nic nie powiedział, a to, co powiedział było bez znaczenia nawet w średnim okresie. W ostatnich komunikatach widać, iż bank po prostu się zagubił, podobnie jak wtedy, kiedy tworzył balon spekulacyjny na rynku akcji. To będzie utrzymywało dużą niestabilność na rynku obligacji.
Nie byłbym sobą, gdybym, jako zwolennik holistycznego oglądu rzeczywistości nie zasygnalizował wątpliwości odnośnie zaniku zasilania w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Nastąpił w bardzo zbliżonej do ataku z 11.09 porze dnia i na równo 4 tygodnie przed kolejną rocznicą. Na początku rzecznik Federalnej Komisji ds. Regulacji Energetyki mówił, że wszystko zaczęło się od awarii w elektrowni na Manhattanie. W tym samym czasie urząd premiera Kanady oznajmił, że powodem awarii było uderzenie pioruna w elektrownię w pobliżu wodospadu Niagara. Teraz mówi się o uszkodzeniu linii przesyłowych w rejonie Wielkich Jezior. D.Mervius wiceprezes NAERC (specjalna komisja, która powstała po podobnym zaniku prądu w 1965 roku) twierdzi, że (za Bloombergiem): „Sieć jest zaprojektowana tak, żeby zapobiec kaskadowemu wyłączaniu prądu (...) Więcej niż jedna elektrownia musiała zaprzestać działania równocześnie lub prawie równocześnie, żeby wywołać taki efekt”. W 1965 roku (w 1977 roku to był tylko Nowy Jork) podobne wydarzenie uderzyło w 30 mln ludzi. Teraz w 50 mln i trwało dłużej. Wtedy powstała specjalna komisja, która nadal działa, a stan techniki w ciągu blisko 40 lat zmienił się znacznie. To powinno całkowicie uniemożliwić wyłączenie prądu na skutek awarii JEDNEJ elektrowni. Dodajmy do tego dziwne sprzedaże kontraktów na indeksy w Eurolandzie i USA w ostatnich kilku tygodniach. Pisałem wtedy, że pachnie mi to jakimiś wydarzeniami, o których rynek jeszcze nic nie wie.
Wszystkie władze zdecydowanie wykluczyły możliwość wyłączenia prądu na skutek ataku terrorystycznego, ale zadajmy sobie pytanie, czy mogło być inaczej? Jaka panika powstałaby na świecie, gdyby pozostawiono wątpliwości? W krótkim terminie to wydarzenie doprowadzi do wzrostu indeksów. Inwestorzy dojdą do wniosku, że skoro rynek nie spadł w piątek to jest bardzo silny i będą akcje kupowali. W dłuższym terminie przypomina nam to na jakim świecie żyjemy i co może się wydarzyć, a to nakazuje inwestować zachowując niezwykłą ostrożność. Zastanówmy się: co by się wydarzyło na świecie, gdyby w ten lub następny czwartek zgasło światło tym razem na Zachodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych?
Ciekawe wyniki przynosi miesięczny sondaż Merrill Lynch przeprowadzany wśród 276 menedżerów z funduszy inwestycyjnych. Okazuje się, że 60 procent zarządzających uważa rynek TMT za przewartościowany, ale jedynie 17 procent utrzymuje niedoważanie w tym sektorze rynku. Kupują, bo inni kupują, ale ze świadomością, że dostają za drogi towar. Nie muszę tłumaczyć, jak skończyłyby się wzrosty indeksów, gdyby ci menedżerowie doszli do wniosku, że trzeba realizować zyski. W krótkim terminie optymizm jednak zapewne przeważy, co powinni dać przynajmniej test górnego ograniczenia kanału trendu bocznego na S&P 500 i pokonanie oporu na DJIA.
Z Polski
Nawet krótszy tydzień nie powstrzymał wzrostów indeksów. Mało tego – jeśli liczy się wzrost w punktach zyskiwanych przez indeksy, był to największy wzrost tygodniowy w tym roku. Nasze kasyno nadal daje zarabiać obozowi byków, a rynek idzie wyraźnie ku euforii. Pamiętajmy, że euforia występuje przed korektą. Podobnie jak i w USA na WGPW nie ma teraz nawet pozorów inwestowania – jest tylko gra. Wyniki spółek są ważne przez jedną sesję a potem i tak mówi się „będzie lepiej”. To „będzie lepiej” jest listkiem figowym dla analityków i zarządzających funduszami pozwalających z czystym sumieniem (?) kupować akcje. Giełda to zawsze psychologia. Ważne jest, jakie są przekonania inwestorów, a cena zależy od tego, czy jest popyt. Rządzi strach i chciwość. To normalne, tak jest zawsze. Tyle, że są okresy, kiedy wszystkie te procesy są blisko fundamentalnej wartości akcji, a są takie, kiedy nie mają nic z taką wyceną wspólnego. Teraz jest właśnie taki okres, a będzie jeszcze gorzej (dla posiadaczy akcji lepiej).
Czy to, co napisałem, oznacza, że nie należy korzystać z trendu? Oczywiście, że trzeba z niego korzystać i sam to robię, ale nie wolno uwierzyć, że wzrosty kursów nie umocowane w fundamentach nie skończą się spektakularnym krachem. Nie piszę tego dla zawodowców – oni to doskonale wiedzą i nie poparzą się. Piszę to dla ludzi, którzy nie mają doświadczenia, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z giełdą, a jest ich coraz więcej. Oni są szczególnie narażeni na straty. I jeszcze jedno: inwestowanie przez fundusze nie uchroni w końcówce od strat. Wtedy, kiedy rynek się załamie (a tak będzie w przeciągu najbliższych 9 miesięcy) fundusze będą też bardzo traciły. Nie będą miały komu sprzedać akcji. Ten smrodek dydaktyczny proszę sobie zachować. Kiedyś się przyda. Ala na razie korzystajmy z hossy.
Coraz mocniej utrwala się przekonanie, że nie ma korelacji między naszym rynkiem a innymi rynkami światowymi. Poza tym od dłuższego czasu każda sprzedaż akcji była błędem i wszyscy to widzą. Podtrzymywanie takiego nastawienia wzmacnia siłę byków. Jest jednocześnie niebezpieczne, bo wiadomo, że nie uda się tego utrzymywać w nieskończoność. Wielu inwestorów straci niezbędną czujność, co ich w końcu dużo będzie kosztować. Uważam, że jeśli fundusze chcą przyciągnąć Polaków do giełdy, powinny przeciwdziałać przecenom, ale dobrze by było, gdyby sprokurowały korektę – np. trend boczny. Zawodowcy przyzwyczailiby się do nowych poziomów cen, a po paru tygodniach odpoczynku ruszenie rynkiem wywołałoby jeszcze szybszy przypływ kapitałów. Ale to moje chciejstwo, a fundusze akcje będą kupowały, bo żaden nie chce zostać z tyłu. Rynek sam musi dać znać, kiedy dojrzy do korekty.
Powiedzmy parę słów o fundamentach, chociaż ma to teraz znikomy sens. Grając na giełdzie powinniśmy jednak zawsze w tle o nich pamiętać. Jeśli będą się poprawiały, jesteśmy stosunkowo bezpieczni. Jeśli nie, to zagrożenie rośnie w sposób znaczny. U nas w nadchodzącym tygodniu dowiemy się, jaka była dynamika produkcji przemysłowej. Znaczny wzrost byłby kolejnym powodem do wzrostu indeksów. Podstawowe pytanie dla gracza giełdowego brzmi: co dalej? Coraz bardziej prawdopodobny wydaje mi się scenariusz, który opisałem w sieci w ubiegłym tygodniu, ale w tym celu trzeba zanurzyć się w analizie technicznej. WIG-20 przebija opór (w cenach zamknięcia) na 1464 pkt. (intra day 1485 pkt.) i tworzy formację podwójnego dna z zakresem wzrostu przynajmniej do 1900 pkt. Nie może jednak takiego wzrostu zrobić jednym ruchem. Konieczny jest odpoczynek (korekta), a poza tym zbliża się okres zazwyczaj niekorzystny dla akcji. Tak więc najbardziej logiczne byłoby po przełamaniu oporu pociągnięcie WIG-20 w okolice 1590 pkt. i od tego momentu rozpoczęcie korekty w kierunku 1464 pkt. Scenariusz pociągający, ale papier jest cierpliwy, a rynek i tak zrobi swoje. Uważam jednak, że prawdopodobieństwo takiego rozwoju sytuacji jest większe od 50 procent.
Kontrariańska interpretacja Wigometru znowu pozwoliła osiągnąć sukces. Wigometr zapowiada dalsze wzrosty choćby przez to, że od ubiełego tygodnia znacznie wzrosła ilość niedźwiedzi (42 proc). Tylko czy zawodowcy mogą zmienić zdanie na „bycze” wraz ze wzrostem indeksu, kiedy wiedzą, że tworzy się bańka mydlana? Inaczej stawiając pytanie: czy rzeczywiście Wigometr na tym etapie jest właściwym narzędziem? Nie potrafię na to odpowiedzieć. Za krótka jest historia tego wskaźnika. Wiem jedno i to też warto zapamiętać. Czeka nas jeszcze przełom roku, kiedy zawsze koniunktura jest lepsza, lokowanie pieniędzy w akcjach (z których zysk, jeśli zostały kupione w bieżącym roku nie będzie nigdy opodatkowany), gra pod wejście do Unii Europejskiej (zniesienie ceł pomoże dużej grupie polskich eksporterów), zamiana długu OFE na obligacje (uwolnienie części kapitału na akcje). Końcówka roku powinna być bardzo mocna.