„Bogowie” wyniosą syna miliardera

opublikowano: 07-10-2014, 00:00

Piotr Woźniak-Starak pierwszy raz wychodzi z cienia. Zapowiada kolejne duże produkcje filmowe. I duże zyski

— A to jest taka moja sztuczka, którą sam wymyśliłem, by kręcić i produkować filmy na poziomie „Bogów” — mówi Piotr Woźniak- -Starak. 34-latek, właściciel Watchout Productions, studia produkującego filmy fabularne i reklamy, rozkłada rulon papieru. 5-metrowa płachta podzielona jest na 126 scen z filmu „Bogowie”.

Zobacz więcej

WIARA PO „BOGACH”:

[FOT. WM]

Każdy fragment obrazu o perypetiach prof. Zbigniewa Religi rozłożony jest wizualnie na drobne: od opisu, przez zdjęcia aktorów, długość sceny, plan, porę dnia. No i najważniejsze: rozrysowane są też emocjonalne wzloty i wypłaszczenia, sceny smutne, straszne i zabawne. — Biorę taki wydruk i nakreślam — góra — dół, emocje pozytywne — negatywne. Patrzę na wzajemną relację scen. Efekt? Jest widoczny w filmie, który jest chwalony za to, jak ta historia się opowiada, za coś, co filmowcy nazywają „flow”.

W „Bogach” gra emocji trwa aż do końca — podkreśla Piotr Woźniak-Starak. „Bogowie” to zdaniem rynku niemal murowany sukces. Film kosztował 6 mln zł, jednak pierwsze recenzje i wysoki budżet marketingowy wskazują, że milionowa widownia nie będzie niespodzianką. Próg rentowności obrazu to około 0,6 mln widzów.

Plotki o grafiku

Nazwisko filmowca oznacza przynależność do jednej z najbogatszych rodzin w Polsce. Przez lata Piotr Woźniak-Starak żył na uboczu sukcesów ojca miliardera, właściciela m.in. Polpharmy. Co najwyżej śledziły go internetowe serwisy plotkarskie, donosząc o romansie z jedną z aktorek lub o jego „trzech firmach w Los Angeles”.

— Od 2005 r. pracuję i mieszkam w Polsce. Owszem, 11 lat spędziłem za granicą, jednak firm w Kalifornii nie mam. Zawsze wiedziałem, że moje miejsce jest w Polsce — tłumaczy właściciel Watchout Productions.

Dlaczego nie poszedł w biznes farmaceutyczny? Twierdzi, że już jako nastolatek nie zapowiadał się na osobę, która łatwo da się zaprząc w wir dużej korporacji. W jednej z międzynarodowych szkół w Szwajcarii, mając 14-lat i brylując w lokalnym środowisku, zrozumiał, że umie opowiadać historie. Wybrał studia na bostońskim Emmerson College, kierunek: reklama i komunikacja. Na dokładkę jeszcze wyspecjalizowany w designie nowojorski Parsons University.

— Po co miałbym studiować przez lata grafikę komputerową i zmieniać swoją drogę? Skoro znałem się na reklamie, to po krótkim kursie graficznym mogłem na spotkaniu z klientem sam poprawiać plakat, a nie czekać dwa tygodnie na łaskę lub niełaskę artysty grafika z działu obok — tłumaczy Piotr Woźniak-Starak.

Trio kręci

Pierwszy staż miał w nowojorskiej siedzibie McCann Worldwide. Jego projekt promocji jednej z usług dla banku Capital One został sprzedany za kilkanaście milionów dolarów, ale on — jako stażysta — miał z tego uścisk dłoni. Potem był Young & Rubicam i stresujący projekt dla Texaco, gdzie na szali było 300 tys. USD strat. Udało się ugasić pożar, ale powiedział sobie: dość.

— Miałem 25 lat i wróciłem do Polski. Dostałem dobrą posadę w agencji reklamowej. Wtedy pewna doświadczona osoba z branży powiedziała: z twoją kreatywnością powinieneś robić filmy, reklama za bardzo cię ograniczy. No to zaciągnąłem się do pracy przy realizacji „Strajku” Volkera Schlöndorffa — mówi producent.

Odpowiadał za lokalizacje planu, przy kolejnym obrazie (serial „Oficerowie”) i jeszcze następnym („Katyń” Andrzeja Wajdy) pełnił coraz bardziej odpowiedzialne funkcje. Uczył się europejskiej szkoły filmowej, aż wraz z poznanymi w środowisku filmowców Krzysztofem Rakiem i Krzysztofem Terejem stworzyli kreatywne trio.

Postanowili nakręcić film offowy. I tu oczywiście pojawić się musi pytanie: no dobrze, syn bawi się w kino za pieniądze ojca, ale czy zaraz trzeba o tym zaczerniać gazety? Piotr Woźniak-Starak podkreśla, że Watchout przynosi zyski. Ma na koncie dwa filmy (obsadzony debiutantami „Big Love” był w top 10 w 2012 r.), ale także produkcje reklamowe, z których się finansuje.

— Staram się wykorzystać to, co wyniosłem z rodzinnego domu — wizję i patrzenie „za następne wzgórze”, perfekcjonizm, czego nauczył mnie ojciec, oraz precyzję i dążenie do dogłębnej znajomości biznesu, w którym jestem, które przejąłem od mamy. Do tego dokładam pasję. Jestem chyba jedynym producentem filmowym w Polsce, który ma szansę konsultować się biznesowo z tak doświadczonymi rodzicami. Dlatego postanowiłem nieco zmodyfikować polski model finansowania filmów — zaznacza Piotr Woźniak-Starak.

Model w akcji

Przy podziale zysków Watchout jest na ostatnim miejscu po koproducentach i dystrybutorze. Spółka inwestuje pieniądze i czas aktorów już na etapie pisania scenariusza, by opowieść miała „flow” i by można było określić np. jej koszty w postaci lokalizacji, pensji aktorów, dni zdjęciowych. Nie ma też mowy o puszczaniu samopas reżysera, tak powszechnego w europejskim kinie. Każda zmiana od przyjętego planu musi być przedyskutowana w producenckim gronie.

— Profesjonalizm i precyzja planowania projektu zwiększa nasze szanse na dofinansowanie z PISF. Gdy je dostaniemy, zamiast biegać po rynku, by zdążyć z zadeklarowanymi terminami, możemy skupić się na szlifowaniu scenariusza — mówi producent.

Przyznaje, że nazwisko dodaje wiarygodności w rozmowach z kooperantami, choć z drugiej strony czuje, że jest zobowiązaniem. W „Bogów” zainwestowała nie tylko Polpharma, ale także m.in. Agora oraz właściciele Promedu, dystrybutora aparatury medycznej. Biznesplan zakłada, że „Bogowie” przyniosą 10-30 proc. zysku i pozwolą zbudować kolejne relacje z koproducentami, by robić filmy z jeszcze większym budżetem. Za kilkanaście miesięcy powinniśmy zobaczyć „Consuellę” z budżetem 8-12 mln zł w reżyserii Jana Komasy.

— To będzie prawdziwe kino akcji. Udowodnię, że da się zrobić w Polsce. Ponieważ realne sceny pościgów i wybuchy są droższe od efektów komputerowych, to i budżet musi być odpowiednio wyższy — podkreśla właściciel Watchout Productions.

„Consuella” zrobi zatem zamach na ponadpółtoramilionową widownię. A potem? Scenariusz jest już napisany: będzie europejskie kino dla amerykańskiego widza. Tu znów będą miliony, tyle że dolarów. Jedno się nie zmieni: zapotrzebowanie na bele papieru, łapiących ten „flow”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu