Brak planów nie jest barierą

Grzegorz Buczek
opublikowano: 2006-04-04 00:00

Debata nad zmianą przepisów ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym może być — jak każda dyskusja nad usprawnieniem procesów gospodarczych — pożyteczna. Ale aby była rzeczywiście przydatna, musi uwzględniać fakty, a nie tylko subiektywne poglądy. Jest to dziś o tyle łatwiejsze, że po raz pierwszy dysponujemy wynikami przeprowadzonego przez GUS ogólnokrajowego badania planowania miejscowego. Wnioski z tego badania są — wbrew temu, co napisała w swoim komentarzu sprzed tygodnia red. Zielińska — zdecydowanie optymistyczne. Planowanie miejscowe, aczkolwiek zróżnicowane lokalnie, w skali kraju, w statystycznym ujęciu, osiąga już wskaźniki zachodnioeuropejskie. Wykazuje też znaczną planistyczną podaż nowych terenów budowlanych, tak więc bariery dla rozwoju budownictwa mieszkaniowego są inne niż brak planów zagospodarowania.

W pierwszej kolejności to ograniczone środki na infrastrukturę komunalną. Dalsze planistyczne powiększanie zasobu terenów budowlanych grozi więc rozproszeniem wydatków na inwestycje infrastrukturalne — a także ich spowolnieniem. Skutkuje to również rozpraszaniem zabudowy, czyli „rozpełzaniem się” miast, co niekorzystnie odróżnia nasz kraj od zachodnich i południowych sąsiadów.

Niestety, pan Roman Nowicki z Kongresu Budownictwa w swoim komentarzu, opublikowanym tydzień temu w „Pulsie Biznesu”, nie chce przyjąć do wiadomości, że o tym, gdzie będzie się budować, nie decydują już budowlańcy, ale samorządowcy — w swoich lokalnych politykach przestrzennych, zapisywanych w studiach uwarunkowań i kierunkach zagospodarowania przestrzennego gmin, obejmujących całe ich obszary, a w konsekwencji — cały kraj.

Ponadto o tym, co i jak budować, które tereny wykupywać od prywatnych właścicieli i kiedy je wyposażać w infrastrukturę komunalną, decydują gminy, ustanawiając prawo miejscowe w publicznym procesie planowania. Biorą w nim udział członkowie wspólnot samorządowych, ale także właściciele terenów oraz podmioty gospodarcze działające w gminach. Jeśli zaś Roman Nowicki chce dyskutować z pryncypiami ustroju samorządowego, to niech odpowiednio formułuje i adresuje swoje postulaty, a nie koncentruje się na systemie planowania przestrzennego, bo tylko on definiuje narzędzia i procedury planistycznego działania gmin.

To, że niektóre jednostki samorządu, zwłaszcza wielkie miasta, cierpią na chorobę właściwie zidentyfikowaną przez pana Nowickiego, czyli faktyczne zaniechanie procesu planowania, na rzecz korupcjogennego sterowania rozwojem przy pomocy decyzji o warunkach zabudowy, zostanie ocenione w nadchodzących wyborach samorządowych.

Warszawie, tak krytykowanej przez Romana Nowickiego, podaż planistyczna terenów pod budownictwo mieszkaniowe już obecnie — według oceny Biura Naczelnego Architekta Miasta — zaspokaja popyt na 10 lat budowania.

Brak natomiast planów chroniących jej system przyrodniczy, tożsamość kulturową i np. taki fenomen, jak Skarpa Warszawska. Dobrym lekarstwem na taką chorobę byłaby ograniczona, ale precyzyjna nowelizacja przepisów. Mająca głównie na celu (zgodnym zresztą z intencjami ustawodawcy!) powstrzymanie epidemii wydawania decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu, podsycanej niezgodnym z duchem ustawy orzecznictwem, zwłaszcza na poziomie samorządowych kolegiów odwoławczych i WSA. Ograniczenie możliwości wydawania takich decyzji da też dodatkowy impuls do przyspieszenia procesów planistycznych.

Podtrzymuję swój pogląd, że decyzja o poprawianiu prawa, które już się przyjęło, na podstawie rzetelnej oceny jego funkcjonowania, jest dowodem na „mądrość przed szkodą”. A w świetle wyników badania GUS radykalna zmiana systemowa byłaby obecnie nieuzasadniona.

Grzegorz Buczek, architekt, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika „Urbanista”