Brakuje finansowania projektów za 1 - 4 mln zł

Katarzyna Kozińska
opublikowano: 2002-08-06 00:00

Dostęp do środków na stworzenie firmy jest bardzo ograniczony, ale i tak łatwiej zdobyć małe pieniądze początkującemu biznesmenowi niż trochę większe rozwijającemu się przedsiębiorstwu. Na czarną dziurę trafiają ci, którzy potrzebują od 1 do 4 mln zł.

Minister finansów obiecuje wsparcie dla rozwoju małych firm, a co ma pójść za tym — także spadek bezrobocia. Nawet początkujący ekonomista wie, że małe i średnie firmy napędzają rozwój każdej rynkowej gospodarki na świecie. W Polsce, w 2001 r. 1,6 mln firm zatrudniających do 5 osób stanowiło 98 proc. wszystkich przedsiębiorstw. Niestety, nad Wisłą większość ze znanych na świecie metod finansowania projektów biznesowych się nie sprawdza. Pieniądze są, ale przeważnie dla pewniaków gwarantujących wysoki zwrot inwestycji.

Teoretycznie w gospodarce rynkowej przedsiębiorca ma trzy podstawowe sposoby na pozyskanie środków: może zaciągnąć kredyt w banku, w innej instytucji udzielającej mniejszych pożyczek lub znaleźć inwestora finansowego, w postaci np. funduszu venture capital, który w zamian za pakiet udziałów w spółce dołoży brakujące pieniądze. W praktyce jednak tą drogą duże firmy mają dostęp do dużych pieniędzy. Drobny przedsiębiorca najczęściej może skorzystać tylko z czwartej rzadko opisywanej metody — pożyczki rodzinnej, czyli pieniędzy zebranych od znajomych i krewnych.

Z największymi trudnościami spotykają się przedsiębiorcy, którzy chcą zdobyć środki już na rozwinięcie działalności. Jan Kowalski prowadzi niewielką firmę. Zaczynał w układzie rodzinnym, po drodze wziął kilka pożyczek z funduszy wspierających rozwój przedsiębiorczości, rozwinął ofertę, zatrudnił kilkanaście osób. Ma pomysł na nowy produkt, nową usługę, potrzebuje pieniędzy na jego realizację. Jeśli kwota, której potrzebuje Jan Kowalski, jest większa niż kilkaset tysięcy złotych, ale też mniejsza niż 4 mln zł, staje się praktycznie nie do zdobycia. Suma jest zbyt wygórowana na pożyczkę od funduszu, a zbyt mała, aby firma Kowalskiego zainteresowała większość z obecnych na rynku funduszy venture capital lub private equity. Takim inwestorom opłaca się zrobić mniej projektów, ale o większej wartości.

— Minimalny poziom inwestycji to dla nas 3 mln USD (12 mln zł), ale zdarzały się projekty za 1-1,5 mln USD (4-6 mln zł). Mniejszych inwestycji z założenia nie realizujemy. Skala inwestycji jest istotna, bo projekt musi się opłacać przy uwzględnieniu zaangażowania pieniędzy, czasu i ludzi. Nasz fundusz ma duży kapitał. Żeby go zaangażować w małe inwestycje, musielibyśmy zrealizować kilkanaście razy więcej projektów. Bierzemy też pod uwagę przyszłe wyjście z inwestycji — dana firma musi mieć wystarczająco silną pozycję na rynku, żeby zainteresować nabywcę naszego pakietu — mówi Iwona Drabot z funduszu Enterprise Investors.

Najbardziej osiągalną granicę minimalnej inwestycji — poniżej 500 tys. zł — oferują inwestorzy zainteresowani Internetem i IT: MCI, Internet Investment Fund, BMP Polska (również inne branże). Tylko E-Katalyst nie wyznacza minimum pożądanego zaangażowania. Problem z tymi podmiotami polega na tym, że koniunktura na nowe technologie padła, a razem z nią ochota do inwestowania.

— Planowaliśmy utworzenie inkubatora, ale na Zachodzie ta idea nie sprawdziła się, więc zrezygnowaliśmy. To jest sztuczna metoda hodowli przedsięwzięcia od zera. Dzisiaj bardziej opłaca się restrukturyzować już istniejące spółki — mówi Tomasz Czechowicz, prezes funduszu MCI.

O pożyczce z banku Jan Kowalski nawet nie myśli.

— Nie pójdę do banku, bo procedury i zabezpieczenia, których wymaga, są nie do przejścia dla mniejszego przedsiębiorcy. Papierkowa robota będzie trwać rok, w tym czasie trzy razy zmieni się sytuacja na rynku, a ja będę musiał trzy razy zmienić biznesplan. Po roku starań bank uzna, że nie spełniam wymagań — mimo że firma ma dobrą płynność i produkt, który się sprzedaje — mówi przedsiębiorca z branży spożywczej.

Łatwiej uzyskać nieduży kredyt do kilkudziesięciu tysięcy złotych małemu przedsiębiorcy w funduszu pożyczkowym lub mikropożyczkowym, ale w porównaniu z innymi krajami nawet ten sposób jest słabo rozwinięty.

— Istnieją bardzo dobre programy, jak Inicjatywa Mikro czy Fundusz Mikro, ale większość programów, w tym zdecydowana większość funduszy, działa nieskutecznie — udzielają zbyt mało pożyczek, aby mieć istotny wpływ na rozwój przedsiębiorczości. Niektóre są po prostu martwe. Chcąc je uaktywnić, trzeba zmienić zasady ich działania. Fundusze muszą się uniezależnić od układów politycznych i pieniędzy publicznych — mówi Marcin Fijałkowski z Microfinance Centre, organizacji promującej instytucje mikrofinansowe w Europie Środkowej, Wschodniej i byłym ZSRR.

W sumie w Polsce fundusze udzieliły 64 tys. pożyczek na kwotę 700 mln zł. W ubiegłym roku każdy polski fundusz udzielił średnio zaledwie 47 pożyczek. 92 instytucje, działające samodzielnie lub przy różnych fundacjach i inkubatorach przedsiębiorczości, dysponują kapitałem niespełna 250 mln zł. Jednak zdaniem Agnieszki Czarnomskiej z działu marketingu Funduszu Mikro, największego funduszu pożyczkowego, to nie brak dostępu do pieniędzy jest główną barierą rozwoju.

— Bardzo przeszkadza brak elementarnej wiedzy ekonomicznej znacznej części przedsiębiorców, ale najbardziej brak dobrych pomysłów. Nie pożyczymy pieniędzy komuś, kto powie, że w firmie zawsze znajdzie się powód, żeby je wydać — mówi Agnieszka Czarnomska.

— Wśród podmiotów pożyczających pieniądze są także wyjątki, które mogą udzielić kredytu do 500 tys. Jednak na 1 mln zł nie należy liczyć — mówi Marek Ulman z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.