BRIC, czyli Chiny też mają swojego „Taurona”

Łukasz Bugaj
28-06-2010, 15:30

W Chinach wielkimi krokami zbliża się oferta AgriBanku, którą można porównać do polskiego Taurona. Otóż jest do  ogromny bank, ale zdecydowanie nienajlepszy. Są to akcje, które każdy musi mieć, ale tak naprawdę nie chce.

Również cena będzie konkurencyjna i przez to ważą się losy, czy padnie kolejny rekord światowego IPO. Jeszcze niedawno nowy rekord był niemal pewny, ale już nie teraz. Widać więc, że podobieństw, mimo sporej różnicy w wielkości i sektorze działania spółek, jest całkiem sporo.

Inny wydarzeniem, o którym ostatnia najwięcej się mówi, jest zakończenie dwuletniego sztywnego kursu juana do dolara. Ludowy Bank Chin zadecydował o uelastycznieniu kursu przez rozszerzenie dziennego przedziału wahań o +/- 0,5 proc. Bała to decyzja typowo polityczna, aby uspokoić USA przed szczytem G-20. Co ciekawe, bez rozgłosu przeszłą o wiele ciekawsza informacja mówiąca o tym, że w marcu i kwietniu Chiny kupiły obligacje amerykańskie za aż 22,7 mld USD. Od listopada do lutego Państwo Środka albo w ogóle nie kupowało amerykańskich papierów, albo skupiało się na bonach. Tym razem obserwowaliśmy poważne zakupy i to z długiego końca krzywej. Widać więc, że Chiny nieco spuściły z wcześniejszej twardej polityki wobec USA. Pole działania przeniesione jednak zostało na amerykańskie korporacje. Otóż władze wyraźnie popierają pracowników, żądających podwyżek. Obserwujemy więc coś na podobieństwo wymiany – silniejszy juan za wyższe zarobki Chińczyków. Teoretycznie wszyscy powinni na tym skorzystać, problem jednak w tym, że mówimy o dłuższym terminie, a politycy skupiają się na okresie do najbliższych wyborów. W tym horyzoncie czasowym żadnej rewolucji nie będzie.

Warto w tym miejscu podważyć przynajmniej część namnożonych w mediach spekulacji. Wiele mówi się końcu ery dezinflacji w związku z wyższymi zarobkami w Chinach. Można się z tym argumentem zgodzić, ale prawda jest taka, że szybko nie zobaczymy droższego sprzętu AGD/RTV. Dlaczego? Gdyż płace stanowią w Chinach jedynie około 5 proc. kosztów produkcji. Ponadto wzrost płac w Państwie Środka nawet o 20 proc. w tym roku nie jest wcale taki spektakularny jak na azjatyckie warunki. Każdego roku ostatniego dziesięciolecia zarobki w chińskich miastach rosły o co najmniej 15 proc…

Rynek w Chinach ustabilizował się na niskim poziomie. Sami Chińczycy są do niego niezmiernie negatywnie nastawieni i oczekują dalszych spadków, co w krótkim terminie może się zmaterializować. Tym niemniej, ze względu na spadające wyceny i 50-procenotwą korektę całej hossy, ciężko jest mówić o dużym potencjale do dalszego spadku.

Rosja: Dmitrij Miedwiediew nadal buja w obłokach

Większość osób jest zgodnych co do tego, że prawdziwą politykę uprawia w Rosji Putin, a prezydent Miedwiediew jest raczej od „bujania w obłokach”. Ostatnie dni wyraźnie to uwidaczniają. Otóż nadal wyraźnie akcentuje on swoją ideę modernizacji gospodarki rosyjskiej. Pomysł piękny i godny pochwały, ale raczej bardzo ciężki do realizacji. Są jednak pewne kwestie, które mogą rzeczywiście dojść do skutku. Jednak zacznijmy  od części Science-Fiction.

Jeszcze w zeszłym roku Miedwiediew polecił utworzyć w podmoskiewskiej miejscowości Skołkowo centrum technologiczne wzorowane na amerykańskiej Dolinie Krzemowej, którą wizytował w zeszłym tygodniu. Podobne centrum jest bardzo trudno zbudować, a zrobić to jeszcze w Rosji, to wyczyn podobny do uprawiania ziemi na księżycu – owszem, można zbudować tam szklarnie, ale kto będzie tam chciał cokolwiek robić?

O wiele ważniejszym i, co warte podkreślenia, realnym wkładem prezydenta może być wejście Rosji do Światowej Organizacji Handlu. Obama popiera te aspiracje i po blisko 16 latach starań nasz wschodni sąsiad rzeczywiście jeszcze w tym roku może dołączyć do WTO. To o tyle ważne, iż Rosja jest obecnie jedyną tak dużą gospodarką pozostającą poza strukturami tej organizacji.
Ostatnim pomysłem, który chce forsować Dmitrij Miedwiediew jest przyciągnięcie realnego kapitału inwestycyjnego do jego kraju, a nie jedynie spekulacyjnego, portfelowego. Mają w tym pomóc zachęty podatkowe oraz specjalny fundusz państwowy dofinansujący hipotetyczne projekty. Czy spotka się to z aprobatą inwestorów? Być może, ale sukcesu wróżyć tutaj nie można.

Sam rynek w korekcyjnym odbiciu zdołał na krótko sforsować 200-sesyjną średnią, ale teraz powrócił pod nią. Dynamika i charakter odbicia nie zachwycają. No cóż – większość wzrostów już za nami, a odpoczynek po ponadrocznym wyraźnym trendzie należy się indeksom jak buda psu.

Indie: Państwo ogranicza wydatki

Głównym zagrożeniem dla gospodarki indyjskiej nie jest kryzys „grecki”, ale inflacja. Tym niemniej państwo, którego budżet najgorzej się prezentuje spośród gospodarek BRIC zdecydowało się ograniczyć deficyt przez zniesienie subsydiów do paliw. Wydatki te nie były małe i sięgały 2,5 proc. rządowych wydatków (5,5 mld USD). Taki ruch może dodać cały punkt procentowy do i tak wysokiej inflacji (10,15 proc. w maju). Ponadto zmiany mają dotknąć podatek od zysków kapitałowych (w Polsce zwanym podatkiem „Belki”).

Dotychczasowa stała stawka 15-procenotwa ma być teraz uzależniona od dochodów. Widać, że państwo wzięło się za budżetowe porządki i nie robi tego w znanym nam stylu, czyli przez sprzedaż majątku za wszelką cenę.

Kwestia inflacji oraz stóp procentowych pozostaje dominująca i szybko się to nie zmieni. Jedynym pozytywem jest fakt, że sezon deszczów jak na razie jest udany i może być nawet lepszy niż to wcześniej prognozowano. To powinno złagodzić wzrosty cen żywności. Czy jednak nie będzie już więcej podwyżek stóp? Najbliższe posiedzenie banku centralnego odbędzie się 27 lipca i wydaje się, że nie jest on wcale tak agresywny w swoich działaniach, jak tego oczekują zagraniczni analitycy. Podwyżki wcale nie są pewne i uzależnione od bieżącej sytuacji.

Na rynku mamy stabilny ruch w kierunku górnego ograniczenia kanału. Co ciekawe, 24 czerwca inwestorzy zagraniczni mieli w swoich portfelach rekordową wartość akcji – aż 79,4 mld USD. Widać obecny kryzys zadłużeniowy jak na razie minął Indie bokiem.

Brazylia: Minęliśmy już szczyt „pokryzysowej” koniunktury?

Ekonomiści wciąż podwyższają tegoroczną prognozę wzrostu brazylijskiego PKB do iście chińskiego tempa, ale bieżąco publikowane dane wskazują, że szczyt koniunktury mamy już chyba za sobą. Mowa tutaj o sprzedaży detalicznej za kwiecień, która rozczarowała. Wzrosła „jedynie” o 9,1 proc. r/r wobec prognoz na poziomie 10,1 proc. oraz zeszłomiesięcznej dynamiki równej 15,7 proc. W relacji do zeszłego miesiąca było gorzej, gdyż spadek sięgnął 3 proc., czyli najwięcej od czasu, kiedy w 2000 roku zaczęto zbierać tego typu dane. Widać więc, że wraz ze wzrostem zeszłorocznej bazy dynamika ożywienia będzie malała, a jej szczyt pewnie już zobaczyliśmy na początku tego roku (w Brazylii nie było efektu mroźnej zimy – południowo półkula). Dane nieco zapóźnione w stosunku do cyklu koniunkturalnego wciąż jednak będą dobre. Mowa w szczególności o nadzwyczaj silnym rynku pracy. W kwietniu bezrobocie spadło do 7,3 proc. z 7,6 proc. w marcu, a gospodarka utworzyła aż 298 041 nowych miejsc pracy.

Rynek dosyć wyraźnie odbił, co jest konsekwencją wcześniejszej znacznej wyprzedaży oraz silnego rynku surowców. Teraz indeks zmaga się z 200-sesyjną średnią kroczącą i podobnie to innych nie idzie mu z tym łatwo. Sama średnia wyraźnie się zresztą wypłaszcza, czyli potwierdza słabnące tempo zwyżki.

Łukasz Bugaj
Analityk firmy Xelion Doradcy Finansowi

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Łukasz Bugaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Świat / BRIC, czyli Chiny też mają swojego „Taurona”