Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego oddalające skargę senatorów Prawa i Sprawiedliwości na niekonstytucyjność ratyfikowanego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego traktatu z Lizbony było spodziewane. Trybunał ocenił, że "zaciąganie zobowiązań międzynarodowych i ich wykonywanie nie prowadzi do utraty lub ograniczenia suwerenności Rzeczypospolitej Polskiej, lecz jest jej potwierdzeniem". Niby prawna formalność, ale wywołująca oddech ulgi środowisk proeuropejskich.
Niestety, w tym samym dniu nadeszły zdecydowanie gorsze wieści z unijnej centrali. Otóż Komisja Europejska zapowiedziała pozwanie lub nawet już pozwała Polskę do Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu (Strasburg to zupełnie inny organ) za spóźnianie wdrażania unijnych dyrektyw. Chodzi na przykład o dyrektywę siedliskową, której brak powoduje niewystarczającą ochronę przyrody w Polsce. Kolejnym zapóźnionym tematem jest dyrektywa o zapobieganiu powodziom. W tej akurat sprawie ocena polskiego społeczeństwa jest całkowicie zbieżna z brukselską.
I wreszcie niewdrożona została kluczowa dla rynku wewnętrznego dyrektywa o kredycie konsumenckim.
Prace nad ustawami implementującymi wspomniane przepisy się toczą, ale ich wspólnym mianownikiem jest niemrawość skutkująca przekroczeniem terminów o wiele miesięcy, a nawet o lata. Niestety, wiele wskazuje na to, że legislacyjne zaległości nie zostaną wyczyszczone do 1 lipca 2011 r., gdy Polska obejmuje przewodnictwo Rady Unii Europejskiej. I będzie wstyd…