PAP: Niepowodzenie brukselskiego szczytu, który zakończył się impasem na tle sporu o nową procedurę głosowania w rozszerzonej UE jest nowym, trudnym do oszacowania rodzajem ryzyka - sądzą analitycy banków w Londynie.
Tymczasem reakcja polskiego rynku była spokojna. Spread (różnica w poziomie rentowności polskich obligacji i unijnych o tym samym terminie zapadalności) nie zmieniła się w poniedziałek w porównaniu z poprzednim dniem notowań. Także złoty pozostał stabilny.
O niepowodzeniu szczytu przesądziła głęboka różnica zdań pomiędzy Polską i Hiszpanią z jednej strony, a Niemcami i Francją z drugiej. Te dwie największe gospodarki eurostrefy zagroziły Polsce i Hiszpanii negatywnymi konsekwencjami finansowymi.
"Podczas, gdy ryzyko (takich negatywnych finansowych konsekwencji) wygląda na duże oczekujemy, że przywódcy UE zbiorą się razem na wiosnę w okresie irlandzkiej prezydencji w ramach prób wypracowania nowego konsensusu" - napisali w komentarzu analitycy BNP Paribas.
Autorzy projektu konstytucji, który miał być przyjęty na brukselskim szczycie, chcieli zastąpienia obecnego systemu podejmowania decyzji w unijnej radzie ministrów opartego na zasadzie potrójnej większości przez uproszczony system podwójnej większości (większość państw reprezentujących co najmniej 60 proc. ludności).
Oznaczało to odejście od przyjętego w grudniu 2000 roku nicejskiego systemu ważenia głosów przyznającego Polsce i Hiszpanii po 27 głosów, tylko o 2 mniej niż uzyskała wielka czwórka: RFN, Francja, Włochy i W. Brytania.
Analitycy Lehman Brothers sądzą, że fiasko brukselskiego szczytu będzie miało wpływ na polityczne stosunki polsko-niemieckie.
"Polskie żądania zachowania wyższej puli głosów (uzyskanej w nicejskim traktacie) są powodem obaw, że w politycznych stosunkach polsko-niemieckich dojdzie do negatywnych reperkusji, zmniejszy się wysokość transferów pieniężnych z unijnego budżetu i powstanie Europa dwóch szybkości" - napisali.
LB zauważa, że Niemcy chcą ograniczyć poziom transferów pieniężnych z unijnego budżetu na lata 2007-13 do nie więcej niż 1 proc. unijnego PKB lub 100 mld euro:
"Będzie to o około 25 mld euro mniej niż - zdaniem ekonomistów - potrzebne jest dla utrzymania przyjętego poziomu transferów do krajów o niższych przychodach na głowę jednego mieszkańca, takich, jak Polska, z punktu widzenia celów, które sobie UE stawia" - napisał LB.
Przewodniczący Komisji Europejskiej Romano Prodi otrzymał już w tej sprawie list od sześciu największych unijnych płatników: Austrii, W. Brytanii, Francji, RFN, Holandii i Szwecji. Cztery z tych krajów są płatnikami netto do unijnego budżetu, z czego wpłaty Niemiec stanowią 25 proc. wspólnego budżetu.