Coroczna ustawa budżetowa jest hierarchicznie najważniejsza po Konstytucji RP, albowiem została w niej – jako jedyna – doprecyzowana proceduralnie. Projekt Rady Ministrów wpływa do Sejmu najpóźniej 30 września, zaś parlament ma na ukończenie budżetu i przedłożenie ustawy prezydentowi do podpisu cztery miesiące. Powinny być zapisane oczywiście trzy, aby budżet ukazywał się w Dzienniku Ustaw zwyczajnie do sylwestra, ale twórcy Konstytucji RP z 1997 r. popełnili fatalny błąd – akurat ten jest jednym z grubych – i bez sensu dodali parlamentowi na procedowanie jeszcze jeden miesiąc już z roku budżetowego. W 37-letnich dziejach III Rzeczypospolitej fundamentalna ustawa tylko raz ogłoszona została przed 31 grudnia. Udało się to ekipie Leszka Millera z budżetem 2003. Wszystkie spóźnione miały/mają na końcu stały wygodny zapis ze zmienną ostatnią cyferką, wersja najnowsza będzie brzmiała: „Ustawa wchodzi w życie z dniem ogłoszenia, z mocą od dnia 1 stycznia 2027 r.”. To popełniany w warunkach recydywy gwałt na rzymskich kanonach prawa.
Nie tak dawno wyrażałem nadzieję, że może ekipa Donalda Tuska się wreszcie ogarnie, by przywrócić budżetowi kalendarzową normalność. Niestety nie, projekt wpłynął 29 września, ale w parlamencie tradycyjnie będzie spóźnienie. Bardzo dużo zależy od marszałka Włodzimierza Czarzastego, który byłby w stanie wymusić zdyscyplinowanie prac komisyjnych i tak ustawić kalendarz trzech czytań projektu, aby z uwzględnieniem etapu senackiego – wymagałoby to współdziałania z marszałek Małgorzatą Kidawą-Błońską – wszystko zostało ukończone przed Bożym Narodzeniem. Niestety, przyjęty harmonogram idzie ścieżką anomalii, chociaż konstytucyjnej – po przeprowadzeniu 8 października pierwszego czytania Sejm uchwali ustawę 4 grudnia, Senat podejmie uchwałę na posiedzeniu 16-18 grudnia, ale Sejm garsteczką poprawek (będzie ich oczywiście niewiele) już się nie zajmie na posiedzeniu 17-18 grudnia, lecz dopiero po 15 stycznia 2027 r. A wystarczyłoby dosłownie godzinowe skoordynowanie prac obu izb w podanych terminach grudniowych, aby Sejm rozpatrzył nieliczne poprawki Senatu od ręki i ustawa ukończona została przed świętami. Niestety, Włodzimierz Czarzasty – mający na co dzień usta pełne proceduralnej szczegółowej poprawności – radośnie oznajmił, że budżet 2027 zostanie przekazany do prezydenckiego podpisu „już” 20 stycznia, czyli oczywiście z zapisem wstecznym. No chyba, że stanie się cud i Senat nie wprowadzi żadnej poprawki.
Karol Nawrocki na decyzję podpisową będzie miał dni siedem, a nie 21 jak przy zwykłych ustawach. Konstytucyjnie nie może budżetu zawetować, czyli zwrócić go do Sejmu w celu ponownego uchwalenia większością trzech piątych głosów. Ale może odmówić podpisu i posłać budżet prewencyjnie do Trybunału Konstytucyjnego (TK) w celu oceny jego zgodności z ustawą zasadniczą. Taki ekstremalny numer nie zdarzył się w III RP jeszcze nigdy – chociaż ostatnio podpisane i opublikowane w Dzienniku Ustaw budżety kierowane były do TK w trybie tzw. następczym, który jest czystą fikcją – ale Karol Nawrocki wykonuje zagrywki tak zdumiewające, że może przetrzeć również ścieżkę budżetową. Jeśli faktycznie posłałby najważniejszą ustawę bez podpisu, to sparaliżowany organ Bogdana Święczkowskiego miałby na wydanie orzeczenia dwa miesiące. Konstytucja RP ani jednym słowem nie ustala, co stałoby się w razie uznania choćby częściowej nieprawidłowości budżetu państwa.
Idealny pretekst do wykonania przez Karola Nawrockiego wspomnianej zagrywki można wskazać przed pierwszym czytaniem. Otóż do rządowego projektu budżetu 2027 nie zostały włączone jakiekolwiek pieniądze dla TK, ze względu na niepodjęcie wymaganej prawnie uchwały przez zgromadzenie ogólne sędziów. Jeśli z dniem 1 stycznia 2027 r. jeden z naczelnych organów faktycznie nie będzie miał ani grosza, potwierdzi to upadek III RP jako demokratycznego państwa prawa. Przy czym strona rządowa nie musi się obawiać ewentualnego prewencyjnego skierowania budżetu do TK, albowiem jest on zdekompletowany. Konstytucyjnie liczy 15 sędziów, ale zgodnie z ustawą uchwaloną przez PiS w 2016 r. kategoria „pełny skład” jest znacznie niższa, wystarcza udział 11 sędziów. Tymczasem obecnie w okrojonej wersji uznawanej przez Karola Nawrockiego i Bogdana Święczkowskiego sędziów prawidłowo zaprzysiężonych i wpuszczanych do siedziby TK jest tylko 10. W związku z tym rozpatrzenie jakiejkolwiek ustawy przysłanej przez prezydenta prewencyjnie – co wymaga właśnie udziału ustawowego tzw. pełnego składu – stało się wykluczone. Ta prozaiczna okoliczność arytmetyczna potwierdza upadek TK. Ciekawe, czy większość rządowa zdecyduje się na potwierdzenie tegoż faktu również finalnie budżetowo.

