W środę, 4 grudnia taki był obraz wielogodzinnego drugiego czytania ustawy budżetowej na 2025 r. Uchwalanie tej najważniejszej corocznej ustawy, proceduralnie opisanej w Konstytucji RP, w zasadzie przebiega jak zawsze od początku III Rzeczypospolitej. Według rządowego tzw. konsorcjum 15 października to najlepszy z możliwych w obecnych warunkach budżet bezpieczeństwa, inwestycji i wsparcia obywateli. Według PiS budżet jest nierealistyczny, oparty na kreatywnej księgowości, a przede wszystkim napisany dla potrzeb wyborów prezydenckich w maju 2025 r.
Grubą kość niezgody stanowią rozmiary oraz rzeczywiste przyczyny deficytu. Jego limit wyniesie aż 288,77 mld zł, co w zestawieniu z tegoroczną znowelizowaną kwotą 240,30 mld zł oznacza wzrost o 20,2 proc. Znacznie gorzej wyglądałoby to w odniesieniu do pierwotnej kwoty deficytu w 2024 r., która uchwalona została w wysokości 184,00 mld zł – wtedy wzrost miałby rozmiary skokowe, aż o 56,9 proc. Minister Andrzej Domański wnosząc projekt we wrześniu argumentował, że główną przyczyną księgowego wzrostu jest uczciwe wliczenie ponad 63 mld zł dotychczasowych długów pozabudżetowych, które rząd PiS zaciągał obligacjami puszczanymi szkodliwie bokiem poza ustawą. Listopadowa korekta miała dwie wizerunkowe strony – nieco spłaszczyła wzrost deficytu w 2025 r., ale sama w sobie była jednak gigantyczna. Tak szokująca, że premier Donald Tusk na konferencji po posiedzeniu Rady Ministrów przekazał jedynie hiobową wieść o zwiększeniu deficytu, ale nie wystarczyło mu odwagi, żeby od razu podać również konkretną kwotę. Tę czarną informacyjną robotę wykonał dopiero po kilku godzinach minister finansów.
Ustawa budżetowa na 2025 r. oczywiście zostanie uchwalona jak wszystkie poprzednie. 23. posiedzenie Sejmu zakończy się w czwartek późnym wieczorem, natomiast w piątek rozpocznie się formalnie nowe 24. Przepisy budżetowe wymagają trzeciego czytania i głosowania na następnym posiedzeniu w stosunku do czytania drugiego. Komisja finansów zbierze i usystematyzuje wszystkie zgłoszone – przede wszystkim przez PiS – wnioski mniejszości oraz poprawki. Potężny blok głosowań w piątek zaplanowany został wstępnie na sześć godzin, w tym ustawa budżetowa może zająć ze cztery. Marszałek Szymon Hołownia potwierdził, że procedura będzie normalna, tzn. na bardzo długiej taśmie wniosków mniejszości i poprawek zostaną kolejno przegłosowane wszystkie. Oznacza to wyrzucenie do kosza obyczajów PiS, gdy ustawa budżetowa bywała proceduralnie poniżana. Oboje marszałkowie z tamtej epoki, czyli Marek Kuchciński i Elżbieta Witek, kilka razy – chociaż nie w każdym roku – forsowali łączenie kilkuset najróżniejszych treściowo poprawek w… dwa głosowania. Niewielka liczba wnoszonych przez PiS i popieranych przez rząd była przyjmowana jednym kliknięciem, zaś cała masa opozycyjnych także jednym kliknięciem odrzucana. Pierwszy raz zdarzyło się tak przy uchwalaniu budżetu na 2017 r., wtedy nadałem komentarzowi tytuł „Owoc gwałtu na procedurze”.
Notabene efekt obu ścieżek uchwalania, zarówno prawidłowej, jak też dowodzącej arogancji władców, okazuje się identyczny. Wieloletnią tradycją III RP są usiłowania wciśnięcia przez posłów opozycji – chociaż czasami także z koalicji rządowej – różnych wydatków bardzo lokalnych do budżetu centralnego. Zgłaszaniem poprawek parlamentarzyści wykazują dbałość o potrzeby macierzystych okręgów wyborczych. Wydatki o takim charakterze tylko wyjątkowo przebijają się do ustawy, z nadzwyczajnej łaski ekipy rządzącej, a czasami przez omyłkowe naruszenie jej dyscypliny w jakimś cząstkowym głosowaniu. W razie takiego niedopatrzenia w rządowym odwodzie zawsze pozostaje Senat.
