Kilka milionów dolarów oraz referencje. Tak do niedawna wyglądały minimalne wymagania, by zostać udziałowcem funduszy hedge.
W niektórych przypadkach było to zaledwie 250 tys. dolarów, w innych (jak np. w funduszach G. Sorosa) 20 mln USD. Ostatnie 3 lata to drastyczne zmiany na tym rynku. Fundusze zaczęły być oferowane detalicznym klientom w niektórych krajach europejskich już od kilku tysięcy euro.
Unia dała impuls
Wraz z liberalizacją prawa dewizowego i przystąpieniem Polski do struktur Unii Europejskiej Polacy zaczęli poszukiwać innych możliwości inwestycyjnych niż oferowane przez rodzime instytucje.
Częściowo było to podyktowane ciekawością, częściowo poszukiwaniem rozwiązań oferujących lepsze stopy zwrotu, częściowo zaś informacjami od osób, które otworzyły rachunki w bankach zagranicznych i zobaczyły, jak szeroka jest tamtejsza oferta inwestycyjna. Ponieważ boom na rynku funduszy hedge na Zachodzie jest bardzo silny, w naturalny sposób do tych inwestorów — zwykle zamożnych — dotarła oferta zarabiania znacznie więcej niż na klasycznych rynkach.
Niewykorzystane nisze
Inwestor korzystając z tego typu oferty, może liczyć na pomoc w wyborze odpowiedniego funduszu, otrzyma wszystkie niezbędne informacje, nie będąc narażony choćby na wysokie koszty połączeń telefonicznych — wszak znaczna większość tego typu ofert jest dostępna w innych krajach. Podobnie dzieje się w Polsce.
W praktyce nabycie udziałów (nie są to jednostki uczestnictwa) w takich firmach sprowadza się do otwarcia rachunku w zagranicznym banku oraz zlecenia nabycia odpowiedniego papieru wartościowego w ramach oferty niepublicznej lub nawet bezpośredniego nabycia udziałów od spółki — inwestor wówczas dostaje potwierdzenie zostania udziałowcem. Część polskich banków zaczyna udostępniać również takie usługi, ale na pierwszy ogień idą raczej produkty pochodne do funduszy hedge, głównie w formie obligacji.
Rzecz najbardziej istotna dla każdego inwestora to koszty udziału w tych przedsięwzięciach, czyli opłaty i prowizje.
Standardy i opłaty
Standardem na rynku funduszy hedge są dwa rodzaje opłat – za zarządzanie (management fee) oraz za uzyskany wynik (performance fee). Pierwsza z nich pobierana jest w skali roku od wielkości aktywów klienta i waha się od 1 do 3 procent. Druga zależy od wyników funduszu i wynosi od 10 nawet do 50 proc. Standardowo jest to 20 proc. Opłata ta naliczana jest tylko wtedy, gdy spółka zarabia dla klienta. Powiedzmy, że klient wpłacił 100 tys. dolarów, fundusz zarobił 30 procent, czyli 3 tys. dolarów. Jeśli prowizja za wynik była ustalona na poziomie 20 procent, fundusz pobierze 600 dolarów z zysku klienta.
Europejskie fundusze dopuszczają jeszcze opłaty za nabycie udziałów, zwłaszcza w sytuacji, gdy wpłaty są mniejsze i nabycie odbywa się przez zlecenie wydane bankowi.
Dużo to czy mało?
Krytycy funduszy hedge podkreślają, że koszty ponoszone przez inwestorów są bardzo wysokie. Z drugiej strony prezentowane wyniki bywają imponujące.
Np. Galena Street Fund, posiadający aktywa około 300 mln USD, w 2003 r. dał inwestorom zysk wysokości 22,2 proc, a rok później 19,06 proc. Fundusz Cilantro Fund Partners pobiera prowizję za wynik w wysokości 30 proc., ale średnioroczna stopa zwrotu w nim od 1999 r. wyniosła 237 proc.
Fundusze hedge nie są inwestycją krótkoterminową. Przez inwestorów powinny być traktowane jako udział w spółce. Sensownie jest rozważać ten typ inwestycji w horyzoncie 2–3-letnim. W wielu przypadkach zbycie udziałów jest możliwe raz na rok czy raz na kwartał.
Jest to oferta dla inwestorów rozumiejących ryzyko i szukających uzupełnienia dotychczasowych inwestycji. Dywersyfikacja jest jednym z najważniejszych terminów w tej branży — inwestycje tego typu nigdy nie powinny stanowić całości portfela. Według ekspertów powinno to być od 5 do 30 proc., w niektórych sytuacjach nawet 50 procent. Dokładnie jak w przypadku innych inwestycji.
Grzegorz Zalewski, Alternative Investment Services