Dynamika zwyżki i potężne obroty wskazują na powrót do gry zagranicznego kapitału. Może dostrzegł on, że nasz rynek jest nieco „zapóźniony” w porównaniu z innymi. Jeśli nie poprzestanie na jednorazowej „akcji”, możemy spodziewać się choćby próby ataku na szczyt całej trwającej od połowy lutego fali wzrostu.
Polska GPW
Sesja w Warszawie zaczęła się bez
przekonania. Indeks największych spółek rósł o 0,5 proc., WIG zyskiwał niecałe
0,7 proc., wskaźniki małych i średnich firm zwiększały swoją wartość o około 0,2
proc. Zapowiadało się więc na powtórkę wczorajszego scenariusza, opartego na
schemacie „nic się nie dzieje”. A jednak się „zadziało” Po godzinie handlu WIG20
rósł już o 2,5 proc. i wcale na tym nie poprzestał. Około godziny 11.00 zyskiwał
3 proc. Okazało się, że wczorajsza „siła” na tle innych giełd nie była wcale
przypadkowa. Dziś została zdecydowanie potwierdzona i przede wszystkim
przypieczętowana wysokimi obrotami. Już około południa sięgały one miliard
złotych, tyle co w trakcie całej poniedziałkowej
sesji.
Bardzo dobrze radziły sobie niemal
wszystkie tuzy indeksu największych firm, a także spółki surowcowe, zyskujące po
3 - 4 proc. Prym znów wiódł KGHM, rosnący o prawie 7 proc. PKO BP, po odjęciu
dywidendy, zyskiwał także prawie 7 proc., a pozostałe banki ustępowały mu tylko
nieznacznie. Jedynie Telekomunikacja Polska zostawała w tyle ze zwyżką sięgającą
1,5 proc., „obudziła” się dopiero pod koniec
dnia.
WIG20 wzrósł ostatecznie o 5,11 proc.,
a indeks szerokiego rynku o 4,19 proc. Wskaźniki małych i średnich spółek
zachowywały się na tym tle znacznie gorzej. mWIG40 zyskał 2,44 proc., a sWIG80
tylko 1,14 proc. Obroty wyniosły niemal 2,32 mld zł i były najwyższe od
października ubiegłego roku.
Giełdy zagraniczne
Amerykańskie byki obroniły się wczoraj
przed większym spadkiem, na jaki zanosiło się na początku sesji. Nie wystarczyło
im jednak siły, by wyjść na plus. W efekcie zmiany indeksów tradycyjnie
niewielkie i nic się w obrazie rynku nie zmieniło. Jednak wyraźnie było widać,
że „potencjalna chęć” sprzedaży akcji może być spora i może się pojawić pod
„byle pretekstem”. A pretekstów, i to wcale nie „byle jakich”, w tym tygodniu
nie zabraknie.
W Azji nastroje nie były dziś
najlepsze. Spośród ważniejszych giełd niewielkie zwyżki odnotowano w Hong Kongu,
Indiach i Korei. Japończycy świętują cały tydzień. Za to w Chinach znów spore
spadki. Shanghai Composite stracił 2,3 proc., nieco mniej zniżkował Shanghai
B-Share.
W Europie za to po wczorajszym smutku
nie było śladu. Niemal wszystkie indeksy zaczęły dzień na plusie. Niemiecki DAX
zyskiwał rano 0,6 proc., CAC40 rósł o 0,5 proc., a brytyjski FTSE o 0,2 proc.
Źródłem tego optymizmu była jednak chyba tylko ulga, że na Wall Street nie
doszło do większej przeceny. A to raczej marna pożywka dla solidniejszego
wzrostu. Zresztą, wzrosty nie przekraczały na ogół 1 proc., z wyjątkiem mocno
wczoraj tracącego moskiewskiego RTS, który rósł o ponad 2,5 proc. Jeszcze przed
południem nastroje się jednak poprawiły, nadal bez wyraźnego powodu. Trudno
przecież za taki uznać informację o spadku niemieckiego eksportu o 23,5 proc. w
pierwszym półroczu. Do końca dnia niewiele się już zmieniło.
Waluty
Gdy wydawało się, że na światowym rynku
walutowym zapanuje przynajmniej przejściowa stabilizacja, dolar znów znalazł się
na giełdowej huśtawce. Po wczorajszym zdecydowanym umocnieniu, spowodowanym
obawami przed pogorszeniem się sytuacji na giełdzie, już wieczorem nastąpił
kolejny zwrot i amerykańska waluta powróciła w okolice poziomu 1,47 dolara za
euro. Dziś od rana nadal mocno traciła na wartości, dochodząc do poziomu niemal
1,48 dolara za euro
Złoty oczywiście sporo na tym
skorzystał. Po wczorajszym osłabieniu do prawie 2,85 zł za dolara, dziś
„zielonego” można było kupić już za 2,8 zł. Euro potaniało znacznie mniej i rano
trzeba było za nie płacić 4,15 zł, o 1,5 grosza taniej niż wczoraj. Frank
kosztował około 2,74 zł, o niespełna grosz mniej, niż w poniedziałek. Do końca
dnia zmiany były już tylko kosmetyczne.
Podsumowanie
Już wczoraj warszawski parkiet wykazywał oznaki względnej siły. Wzrosty były jednak hamowane przez sytuację na giełdach europejskich i ostatecznie „odroczone” przez spadki na Wall Street. Dziś już nic nam nie przeszkadzało i byliśmy zdecydowanym liderem. Zwyżka została poparta wysokimi obrotami. Trudno o wskazanie racjonalnych przyczyn tej euforii, poza poprawą ogólnego klimatu na rynkach. Jeszcze raz okazało się, że pesymizm sprzyja bykom i po okresie marazmu i zniechęcenia wzrosty przychodzą bardzo łatwo. I nie musi się do tego znaleźć konkretny powód. Silne trendy nie gasną tak łatwo. Jest szansa, że wrzesień nie potwierdzi swojej złej sławy. Ale przed nami nie mniej „złowieszczy” październik. Uleganie euforii nie wydaje się więc wskazane.
Roman Przasnyski, Główny Analityk Gold Finance